poniedziałek, 15 grudnia 2008

ZOMBIE

Zachęta demoralizuje dzieci za publiczne pieniądze i w związku z tym napływają do Zachęty, Ministerstwa Kultury i Rzecznika Praw Dziecka listy protestacyjne: „nie dopuśćmy, by demoralizowano niewinne dzieci nasze za publiczne pieniądze”. Autorzy listów wystawy w Zachęcie nie widzieli (podobnie jak ostrzeżeń w kasie biletowej i szatni, że wstęp do niektórych sal wyłącznie za zgodą rodziców), ale wiedzą, że trzeba protestować, bo grupa zatroskanych patriotów i katolików (rzymskich) im to powiedziała.
Zatroskanych patriotów i katolików wzburzyło dzieło Maurycego Gomulickiego; co ja będę opowiadać: Państwo popatrzą (jeśli Państwo ukończyło 18 lat i już wie, że w istotach ludzkich występują dwie płcie, różniące się między sobą pierwszo- i drugorzędnymi cechami i oczywiście jeśli się państwo nie ślinią do każdego kawałka golizny, bo to według jednych może się skończyć ślepotą, a według innych – nagłym porostem włosów na dłoniach).
Wśród zatroskanych są jacyś luminarze z Naczelnej Rady Adwokackiej, co najmniej jeden poseł i przede pewna dama z Warszawy, która w Gościu Niedzielnym agituje do chwalenia twórców za wartości pozytywne w sztuce i reklamach i ganienia za wartości niepozytywne.
Do wartości niepozytywnych zaliczamy nagość, to wiadomo. Zaliczamy homoseksualizm i w ogóle, wszelkiego rodzaju żydostwo. Nie zaliczamy przemocy, a zwłaszcza nie zaliczamy bezbrzeżnego festiwalu podłości i głupoty, serwowanego nam przez naszych (z chlubnymi wyjątkami) przedstawicieli we władzach ustawodawczej, wykonawczej i prawodawczej, zwłaszcza tych, którzy wywodzą się ze środowisk prawdziwie patriotycznych i katolickich (rzymsko).
Od wieka wieków, występują i łączą się w stada osobnicy, którzy posiedli patent na przyzwoitość i gotowi są ową umiejętnością dzielić się z osobnikami, którzy zdolności owych nie posiedli. Właściwie każde pokolenie musi się z podobnymi natrętami użerać. Krzyż pański mają z nimi zwłaszcza artyści, z natury rzeczy ludzie wolni i niezależni. Tym większa wartość artysty, im odleglejszy jest w swojej sztuce od „średniej krajowej”. Odmienność jest cechą odróżniającą artystę od połykaczy chipsów. Kto się artyście wpieprza, ten zatrzymuje postęp, nieustanne poszerzanie ludzkich zdolności i horyzontów myślowych. Myśleliśmy, że to już zostało ustalone, przy Van Goghu, Klimcie, Schielem, Manecie, Matissie, Picassie… Ale nie, potwory, wiecznie te same, jak zombie, wyłażą spod ziemi i trują smrodkiem kruchty…
Czy to tylko ścieranie się dwóch równouprawnionych poglądów? Tych, którzy sądzą, że jeśli Dobry Bóg stworzył człowieka z cechami płciowymi, to wiedział, co robił i tych, którzy Boga chcą koniecznie poprawić i zasłonić części człowieka, które ich zdaniem Bogu się nie udały? Nie, odkąd obowiązuje (a obowiązuje od 60 lat) Powszechna Deklaracja Praw Człowieka. Artykuł 19 głosi: „Każdy człowiek ma prawo do wolności opinii i do jej wyrażania; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice”. Zaś Artykuł 22 głosi: Każdy człowiek ma (..) prawo do urzeczywistniania (…) swych praw gospodarczych, społecznych i kulturalnych, niezbędnych dla poczucia godności i swobodnego rozwoju osobowości.
A to oznacza, że LPR-owcy, wpieprzający się zawsze i wszędzie artystom, łamią prawo, jako, że Polska jest sygnatariuszem PDPCz, o czym, powiedzmy, damy z Warszawy i redaktorzy Gościa Niedzielnego nie musza wiedzieć, ale przedstawiciele LPR-u w Naczelnej Radzie Adwokackiej (godło z napisem „Prawo, Ojczyzna, Honor") – i owszem. I państwo ma obowiązek chronić artystę przed LPR-owcami i innymi wstecznikami.
Aby nie stało się z Maurycym Gomulickim (toute proportion gardée), co z Botticellim i Ammannatim po Soborze Trydenckim: zmuszeni przez kontrreformację do artystycznej abiuracji, potępienia nagości i wszelkiej świeckości w sztuce – nie stworzyli już ani jednego dzieła godnego uwagi.

wtorek, 2 grudnia 2008

RÓŻNICA

28 listopada pobity został przez (oczywiście!) nieznanych napastników piłkarz Odry Opole, Senegalczyk Pape Samba Ba.
Szedł sobie, z całą swoją czarną skórą, w pobliżu siedziby swojego klubu sportowego. Takiej prowokacji nie mogło znieść dwóch naszych rodaków o jedynie słusznym kolorze skóry; no i go pobili. Nauczy się być czarny.
Już parę tygodni wcześniej oberwał za swoją skórę od prawowitych Polaków w opolskiej dzielnicy Zaodrze, ale niczego się nie nauczył i dalej, prowokacyjnie, był czarny.
Jeszcze wcześniej, w maju 2008 roku, podczas meczu Odry z GKS-em, kibice Katowiczan rozrywali się naśladując ciałem i głosem małpę; czarny = małpa, to wie przecież każdy Polak, wyssał to z mlekiem matki, dowiedział się w kościele, nauczył w szkole… Pape Samba Ba bawił się jednak trochę gorzej i pokazał (a to małpa!) „takiego wała” Polakom (Ślązakom?) z Katowic. No i oczywiście poniósł za to zasłużoną karę: sędzia wywalił go z boiska. Nie będzie jakaś czarna małpa pokazywać „wała” prawdziwym Polakom i katolikom.


Akty rasistowskiej agresji zdarzają się nie tylko w Polsce. Tyle, że kiedy się zdarzają poza Polską, są piętnowane na pierwszych stronach gazet, na pierwszych miejscach wiadomości telewizyjnych. Zabiera głos rząd; uchwala się pakiet posunięć informacyjnych i wychowawczych. Odzywa się, potępiając, Kościół, Cerkiew, rabinat. Znani ludzie manifestują solidarność z ofiarą. W konsekwencji liczba rasistowskich napaści maleje.

I taka jest właśnie różnica.

poniedziałek, 24 listopada 2008

POLITYCZNE CHULIGAŃSTWO

Uwierzyłem prezydentowi Polski. W niedzielę, wyrwany z ferworu „pracy domowej”, pobiegłem do studia i ostro skrytykowałem Rosjan, którzy na terytorium Gruzji, bez dania racji, ostrzelali kolumnę samochodową z dwoma prezydentami suwerennych państw.
W przyszłości będę ostrożniejszy, obiecuję. Zwłaszcza, gdy takie rewelacje będą pochodzić z ust Lecha Kaczyńskiego lub Michała Kamińskiego. Ponieważ rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej.
Tak mianowicie, że dwaj prezydenci: Lech Kaczyński i Micheil Saakaszwili (przypominam, ten, który dał rozkaz do artyleryjskiego ataku na cywilne miasto Cchinwali), postanowili pojechać po ciemku do Osetii Południowej.
Zjawili się na posterunku granicznym (leżącym już poza granicami administracyjnymi Osetii Pd.) i chcieli jechać dalej. Od osetyjskiej straży granicznej dostali odmowę, ale kilka samochodów z kolumny, mimo wszystko, usiłowało sforsować posterunek. Wtedy załoga posterunku oddała strzały ostrzegawcze do góry, widać to na filmie.
Dziennikarze, naoczni świadkowie (z uśmieszkami kazano busikowi z reporterami podjechać pod samą barierę) opisali, że jeden z ochroniarzy Saakaszwilego oddał serię strzałów na wysokość człowieka w kierunku posterunku. Po chwili kolumna zawróciła. Po drodze obaj prezydenci wpadli jeszcze do zupełnie innego obozu dla uchodźców, golnęli sobie z jego mieszkańcami po stakańczyku słodkiego wina, złożyli oświadczenie dla prasy (busik się zgubił, więc spóźnieni dziennikarze obozu w ogóle nie mieli okazji zobaczyć) i wrócili w świetnych humorach do Tbilisi.

Do incydentu doszło – powtarzam – na terytorium Osetii Pd., już po przekroczeniu jej granicy administracyjnej. Gwoli ścisłości: w świetle prawa międzynarodowego Osetia Pd. nadal jest częścią Gruzji, a jej „niepodległość” jest nielegalna. Ale uznane międzynarodowo porozumienie Sarkozy - Miedwiediew odsyła określenie ostatecznego statusu tej gruzińskiej prowincji do międzynarodowej konferencji z udziałem zainteresowanych stron.
Wschodnia część Osetii Pd., ta, do której usiłowali się w niedzielę przedostać prezydenci Saakaszwili i Kaczyński, przed sierpniowym konfliktem znajdowała się pod wojskową kontrolą Gruzji, ponieważ w tej części Osetii znajdowały się wioski gruzińskie. Dodam, z absolutnym potępieniem, że wioski te zostały przez Osetyjczyków „wyczyszczone” z Gruzinów.
Porozumienie Sarkozy-Miedwiediew przewidywało wycofanie wojsk rosyjskich do pozycji sprzed 8 sierpnia i pod tym względem prezydenci Saakaszwili i Kaczyński mają rację, że Rosja nie wywiązała się w pełni ze zobowiązań. Reszta Europy i świata chwilowo pogodziła się z tym. UE wznowiła nawet dialog z Rosją w sprawie nowego porozumienia o partnerstwie i współpracy: główni liderzy Zachodu obiecali „nowym” z UE, zwłaszcza politykom Polski, Litwy i pozostałych państw bałtyckich, że będą kwestię wąwozu Chodori i wschodniej części Osetii Pd. podnosić tak często, jak tylko się da. Może od pogromcy Gruzinów uda się coś wytargować…

Ale protagoniści niedzielnego incydentu granicznego chcą wszystko i od razu. Dlatego uciekli się do dyplomatycznego chuligaństwa. Chcieli dać Rosji „nauczkę”, postawić ją w złym świetle wobec społeczności międzynarodowej, a zrobili z siebie błaznów.
Obecnie p. prezydent Kaczyński mówi o „silnym stronnictwie prorosyjskim” wśród polskich polityków i dziennikarzy.
No fakt, że gdy o sprawie wypowiada się Oleksy czy Napieralski, pewne wątpliwości mogą się pojawić.
Ale, obiektywnie, nikt nie dał Rosji w rękę takiego atutu propagandowego, jak prezydenci Saakaszwili i Kaczyński. Rosyjska teza o szczeniackiej prowokacji daje się, niestety, obronić.
Ale to już taka tradycja naszego prezydenta i jego brata: im bardziej chcą putinowskiej Rosji zaszkodzić tym bardziej jej pomagają…



Foto za: www.daylife.com

piątek, 14 listopada 2008

ŚCIANA

Na końcu każdej analizy politycznej, dotyczącej sytuacji w Polsce, dochodzi się do ściany z napisem; „PiS”. Koniec marszu.
Z pewną częstotliwością do owej ściany dochodzi również Donald Tusk i, podobnie jak inni, bardziej niż inni, o ową ścianę tłucze sobie nos.
Bo Jarosław Kaczyński przegrał wybory, ale nadal determinuje politykę polską. Za pomocą pozostającego pod jego całkowitym wpływem brata, prezydenta.

Dziś Sueddeutsche Zeitung krytykuje Donalda Tuska za „dziecinne zachowania”, czyli za „brak zdecydowania w działaniu”.
„Największym problemem Tuska jest sytuacja finansowa: na czele NBP stoją ludzie Kaczyńskiego i zrobią wszystko, by Donald Tusk nie okazał się sprawnym menedżerem w dobie kryzysu”…
Czy Państwo podziałają opinie publicysty „SZ”?
Rozmawiałem z Tuskiem kilkakrotnie, a jako, że miałem podobne zdanie do zdania publicysty „SZ”, zadawałem mu pytania, nawet prowokacyjne, co zamierza zrobić, by ową ścianę sforsować. „Nic” – odpowiadał.
Nie było okazji spytać „dlaczego nic?”, ale mam swoją hipotezę. Właściwie kilka.
Pierwsza to ta, że Tusk jest porządny człowiek i chce zaoszczędzić Polakom kolejnej „wojny na górze”.
Druga to ta, że Tusk się Kaczyńskich najzwyczajniej boi.
Trzecia to ta, że hamuje się, ponieważ PO-wscy Pr-owcy odkryli, że nieco „bezpciowa” pasywność popłaca w sondażach (to także teza „SZ”).
Ale może najsłuszniejsza jest hipoteza czwarta.
Tusk wie, że napis „PiS” na ścianie to lipa. Poskrob, a spod tynku wyjdzie: „bracia Kaczyńscy.
Z braćmi Kaczyńskimi nikt, nigdy, dogadać się nie zdoła. Z wielu polityków PiSu mogą być jeszcze ludzie.

niedziela, 2 listopada 2008

POLSKA W NOSIE

Na moje jeremiady nad młodym pokoleniem Pani Teresa odpowiedziała: „Zwykle takie wnioski każdy wysuwa na podstawie środowiska w którym żyje. Ale czy przypadkiem młode pokolenie nie uczy się od poprzedniego pokolenia? (…) jestem z tego pokolenia o którym Pan pisze i wszelkie nieprawidłowości jakie oglądam dnia powszedniego, dokonują ludzie z pokolenia moich rodziców”.

Tak, Pani Tereso, ma Pani rację: obracam się w środowisku młodych dziennikarzy.
Nie dziwi mnie ich niewiarygodna ignorancja - sam zapewne taki byłem w ich wieku. Dziwi bezideowość, gładkość, z jaką wzruszają ramionami na to, co dla Polski i Polaków ważne...
Jeśli zająłem się dziennikarstwem, to nie dlatego, żeby być sławnym i bogatym (maksimum 5 dziennikarzy w Polsce może się poszczycić podobnymi osiągnięciami), ale - jakby to powiedzieć - bo miałem Polskę w głowie. Pani rówieśnicy mają? Ja nie zauważyłem...

Mam wrażenie, że moje pokolenie alergicznie odrzucało okupacyjną obsesję naszych rodziców; niewielu z nich potrafiło uznać tamtą traumę za przeszłość.
Pani pokolenie podobnie reaguje na tzw. "etos solidarnościowy" mojego pokolenia. OK., Wasze prawo. Ale jest skłonne pakować ów etos do jednego worka z "etosem pezetpeerowskim", a to diabelnie boli ludzi z etosem solidarnościowym związanych...


Moje pokolenie nie rozliczyło się ze sobą i już pewnie tego nie dokona, bo ludzi z obozu solidarnościowego mierzi fakt, że owego rozliczenia usiłują dokonać obrzydliwcy w rodzaju Ziobrów, Macierewiczów, Wassermanów i Kaczyńskich.


Moje pokolenie było głęboko podzielone: część żyła rytmem wystukiwanym przez partię, powstałą po to, by z polskich łajdaków ułożyć klasę rządzącą w imię niepolskich interesów. Część - najpierw znikoma, potem coraz liczniejsza – w opozycji do tego, połączyła rygor moralny z interesem narodowym.
Niestety, ta cześć została zatruta przez endecki zastrzyk. To łatwa pomyłka: kiedy dwa ugrupowania mają wspólnego wroga, łatwo uznać, że jest się sojusznikami.
Ja od początku nie żywiłem specjalnych sympatii do ROPCIO czy KPN-u, sądziłem, że środowisko KOR-u nie powinno się z nimi zadawać. Przeważyło jednak przekonanie, że jedyna szansa na zwycięstwo tkwi w jedności. Najsłuszniej w świecie, zapewne.
Ale, jak to zwykle bywa, kiedy wspólny wróg zanika, w całym swym dramatyzmie wychodzą podziały. Tak musiało być i tak się stało; tak przebiegała cała 19-letnia historia niepodległej Polski.
Ja osobiście uważam, że czas już skończyć z solidarnościowym mitem, czas, by powstały zupełnie nowe ugrupowania polityczne; naturalne, europejskie - ludowo-chadeckie i socjaldemokratyczne. Niestety nie potrafimy oderwać się od przeszłości, jak nie potrafiły się oderwać od swojej pokolenia powstańców listopadowych, styczniowych, legionistów, powstańców warszawskich...
Ma Pani prawo pogardzać moim podzielonym pokoleniem.
Ale, proszę mi wybaczyć, tumiwisizmu narodowego Pani pokolenie nie nauczyło się od Polaków solidarnościowych, uczycie się od niewłaściwych ludzi...


Ja miałem nadzieję, że Pani pokolenie, wychowane bez wojny i istotniejszych konfliktów, wychowane w dobrobycie, potrafi się wreszcie zająć PRZYSZŁOŚCIĄ Polski. Miałem nadzieję, że zgniewa się i przegna od władzy moje pokolenie.
Ale - chciałbym się mylić - mam wrażenie, że Pani pokolenie ma Polskę w nosie.

sobota, 1 listopada 2008

BARIERA

Zaskakujące, jak Państwo odebrali mój tekst o starości, o nieprzystawaniu do współczesnego świata...
Pan Jas ma rację: pojedyncze oszołomy, takie jak wymienieni w jego liście gentlemani, miast siedzieć po szynkach i zamtuzach, gdzie ich miejsce, sprowadzają nieszczęścia na całe narody.
Ale to, wbrew samousprawiedliwiającej tezie P. Jas'a, nie świadczy źle o wspomnianych, chorych umysłowo jednostkach, ale o całych narodach.
I słabe to pocieszenie, że narody bardziej rozwinięte cywilizacyjnie od naszego, wpadły, całkiem niedawno nawet, w podobną pułapkę... Świeże przykłady oszałamiającego (!) sukcesu Tymińskiego, Rydzyka i Kaczyńskich, świadczą źle o nas samych...
Ale to na marginesie...

Zawsze wierzyłem, że narzekania na "dzisiejszą młodzież" nie mają sensu, że, niezależnie od zwrotów historii, nastrojów społecznych, kontekstu religijnego czy ekonomicznego, elity, wykształcona i mądra mniejszość, zdołają przenieść zdrowego ducha narodu przez katarakty, przez pokolenia...
Moja pewność została zachwiana. Nie wiem, czy to wina mediów, czy bylejakości szkół, ale mam wrażenie, że ludzie, którzy powinni stanowić dzisiejsze elity są zagubieni, zdezorientowani, pozbawieni moralnej busoli.
Miało ją nawet uwikłane w komunistyczne obrzydlistwo pokolenie naszych ojców...
A pokolenie naszych dzieci nie.
Autorytety Jana Pawła czy prof. Bartoszewskiego to często listki figowe; zasłaniają ich królewską nagość, a nie przekładają się na życie i na pracę.

W gruncie rzeczy chodzi o wyznaczenie sobie w życiu nieprzekraczalnej bariery moralnej.
Bariery moralne naszego pokolenia? Gdzieś jeszcze można je odszukać; przemawia za nami Okrągły Stół, obalony komunizm, budowa Nowej Polski na całkiem solidnych, zważywszy okoliczności, fundamentach.
Barier moralnych (i - zwłaszcza - intelektualnych) pokolenia naszych dzieci - doszukać się nie potrafię...

czwartek, 30 października 2008

DZIĘKUJĘ, PROFESORZE

Drogi Profesorze!
Gratulacje z powodu jubileuszu!
Ho, ho, imponujący wiek, naprawdę okrągłe urodziny!
Pamiętam jeszcze Pański karcący wzrok, kiedy nie mogłem powstrzymać się na studiach od jakichś szczeniackich wygłupów… Pamiętam egzaminy u Pana; żadnej taryfy ulgowej… Dzisiaj ja mam tyle lat, co Pan wtedy, trzydzieści kilka lat temu…
Dzisiaj dzwoni Pan do mnie, by komplementować mnie za moją pracę. Bardzo Pan łaskaw, to dla mnie wielka przyjemność!
Tym większa, że ani moi przełożeni, ani moi młodsi koledzy nie podzielają Pańskiej pochlebnej opinii o tym, co robię… To przykre, przecież tak się staram…
Nie, żebym się żalił: jest we mnie wewnętrzne przekonanie o sensowności mojej pracy, nie dam się zawrócić z drogi, ulec gustom publiczki czy merkantylizmowi…
Wie Pan, właśnie zrozumiałem, że to, co robię, robie dla Pana. Może nie dla Pana, ale „pod” Pana… Robię tak, jakby Pan tego ode mnie oczekiwał… I Pańskie komplementy są dla mnie jak piątka na egzaminie.
Jak do tego doszło!? Przecież wtedy, na studiach, wszystko nas dzieliło: ja byłem w rzędzie uciśnionych, Pan uciskających, Pan ostentacyjnie popisywał się swoją wiedzą, ja wierzyłem, że czystość uczuć jest ważniejsza… Pan był w partii, ja po zajęciach drukowałem zakazane książki…
Jak to było? Byliśmy po przeciwnych stronach barykady, a ja nie widziałem w Panu wroga?… Mimo wszystkich różnic wzbudzał Pan we mnie szacunek… Podskórnie czułem, że to, czego mnie Pan uczy to coś ważnego… Uczył mnie Pan dyscypliny; to zrozumiałe, uczył mnie Pan warsztatu; to też zrozumiałe…
Ale wie Pan, dopiero niedawno zrozumiałem, że Pan, członek pogardzanej przeze mnie partii, że Pan uczuł mnie… patriotyzmu!
Dziękuję, profesorze.

piątek, 24 października 2008

ZMIERZCH NASZEGO ŚWIATA

Proszę otworzyć znów Studio Opinii. Piękna sprawa, nieprawdaż?
Na pierwszej stronie clip z piosenką dla Obamy.
Odruchowo byłem za McCainem. On nie da się nabrać Kremlowi, a obecne kierownictwo Kremla to imperium zła i zagrożenie dla świata.
Odruchowo byłem za McCainem, bo dawał gwarancje, że Ameryka się nie zmieni. A Ameryka to od końca II Wojny Światowej ostoja zachodniej cywilizacji, tego wszystkiego, tych wartości, do których jesteśmy tak przywiązani. Nie Europa, już dawno nie, rozdrobniona, skłócona, niezdolna do Akcji Europa, ale jej kontynuacja i przeciwieństwo – Ameryka.
Nie chcę, by cywilizacja jakiej zaznałem, o jakiej uczyłem się w szkole i kościele, cywilizacja w której rytmie żyję i pracuję, którą podziwiam na najwyższe wzloty ducha, za osiągnięcia gospodarcze i polityczne, za wolność i dobrobyt, jaki czasem dawała swoim obywatelom; nie chcę, by cywilizacja ta zniknęła.
Choć zdaję sobie sprawę, że jest to zapewne nieuniknione. Tak dynamicznie pnącej się Azji nic się nie oprze.
McCain dawał mi pewność, że znam Amerykę, że o jej przyszłość, a więc i o przyszłość zachodniego systemu wartości, nie muszę się obawiać. Obama nie dawał mi tej gwarancji.
Ale – tak to już ze mną bywa: przeczytałem Dekalog i wziąłem to poważnie, przeczytałem Kandyda i uwierzyłem w mądrość, przeczytałem Idiotę i uwierzyłem w geniusz, przeczytałem Nierzeczywistość i stałem się „kornikiem”… Teraz zaś posłuchałem piosenki w stylu, jakiego nie znoszę i uwierzyłem w Obamę.
Ktoś, kto może, kto potrafi dać Ameryce Future i Hope, wiarę i nadzieję, nie może nie dostać szansy.
Obama ogłosi koniec Ameryki – Wielkiej Kontynuacji i Antytezy Europy, jej lepszej wersji, piękniejszej bliźniaczki. Rozpocznie erę Ameryki amerykańskiej, murzyńsko hispańskiej, chińskiej, hinduskiej i indiańskiej, Ameryki bez WASP’ów, bez Watykanu, bez Edwarda VIII, bez dziadka w Killarney, bez kompleksów dla „Stały kłaj”…
Dla nas, w Europie, to będzie wyrok, ale sobie nań zasłużyliśmy. Nasza krótkowzroczność, nasze tchórzostwo, nasza niezdolność podejmowania decyzji i występowania z inicjatywą – są przerażające. Trudno, tak najwyraźniej musi być…
A dla Ameryki? Co dla Ameryki oznaczać będzie wybór Obamy?
Och, oczywiście, jego wzniosłe, lewicowe ideały prysną jak bańka mydlana w zderzeniu z rzeczywistością i starymi elitami, których nie zmoże nawet kryzys. Nie da każdej rodzinie domu, nie da powszechnej, publicznej służby zdrowia. Ale to nic: żaden polityk nie zasłynął jeszcze z wykonywania swoich przedwyborczych obietnic.
W polityce zagranicznej, po serii iluzji, że dialogiem da się cokolwiek osiągnąć, że ustępując wrogowi oddali się konflikt, i on zrozumie jak toczy się światek i jaką w tym światku rolę może odgrywać Ameryka.
Zasadnicze pytanie brzmi: jak długo uda się mu utrzymywać Amerykę w błogosławionym stanie Wiary, Przyszłości i Nadziei? Wiary w przyszłość i nadzieję?
Jeśli udałaby mu się ta sztuka, to na miejsce Ameryki którą znamy – pojawi się druga Ameryka. Silniejsza, sprawiedliwsza i lepsza. Bez irracjonalnego sentymentu do Europy, ale potężniejsza politycznie i militarnie.
Obama to będzie dla Europy zła wiadomość, ale widać to nieuniknione.
Jeśli nie możecie ich pokonać, przyłączcie się do nich.
Więc przyłączam się do Obamy, co daje Ameryce Wiarę i Nadzieję.

niedziela, 19 października 2008

SZCZĘŚCIE

Piękne Państwa refleksje. Wpadło mi w ręce, więc publikuję osobno, ale proszę o dalsze Państwa uwagi na temat pozostawiania!

„Focus” zamieścił właśnie „mapę szczęścia i dobrobytu”. Dla świata, a w szczególności dla Europy. Od razu mówię, że Polska ląduje całkiem dobrze.
Szczęście określone jest współczynnikiem; im liczba większa, tym szczęście większe. Analogicznie dobrobyt. To wynika ze spontanicznych deklaracji obywateli, a nie z jakiejś skomplikowanej metodyki.
Otóż z publikacji „Focusa” wynika, że najszczęśliwsze są… kraje Europy środkowej i wschodniej. A najszczęśliwsza… Mołdawia!
Oto klasyfikacja szczęścia wg percepcji samych zainteresowanych
Mołdawia – 2,52
Rumunia – 2,44
Bułgaria – 2,40
Łotwa – 2,39
Estonia – 2,30
Ukraina – 2,17
Litwa – 2,21
Czechy – 2,04
Słowacja – 2,03

Na pierwszym miejscu wśród krajów zachodnich jest:
Portugalia – 2,00

Z kolei:
Niemcy – 1,97
Hiszpania – 1,95
Włochy – 1,93
Polska – 1,88
Turcja – 1,81
Finlandia – 1,79
Francja i Austria – 1,75
Norwegia – 1,67
Holandia i Szwajcaria – 1,64
Irlandia – 1,62
Szwecja – 1,61
A klasyfikację zamyka najnieszczęśliwsza w Europie:
Wielka Brytania

Poczucie szczęścia nie ma związku z poczuciem dobrobytu; już patrząc na listę dostrzegą Państwo, że najszczęśliwsze wcale nie znaczy najbogatsze.
Oto klasyfikacja krajów według poczucia dobrobytu swoich obywateli.
Na pierwszym miejscu znajduje się:
Irlandia – 8,17
Z kolei:
Austria – 8,02
Szwajcaria – 8,01
Norwegia – 7,96
Finlandia – 7,84
Holandia – 7,76
Szwecja – 7,74
Wielka Brytania – 7,60
Turcja – 7,48
Hiszpania – 7,32
Słowenia – 7,24
Niemcy – 7,13
Czechy – 7,06

I zaraz za nimi Polska – 7,02
W tyle za nami pozostały:

Portugalia – 6,97
Francja - 6,91
Włochy – 6,89
Estonia – 5,90
Łotwa – 5,87
Rumunia – 5,75
Ukraina – 5,67
Mołdawia – 5,45
Bułgaria – 5,22
I najmniej zamożna w odczuciu jej obywateli
Litwa – 5,09.

A Państwo?
Ilu z państwa na podobnie postawione pytania odpowie „jestem szczęśliwy/a” oraz „żyję w dobrobycie”?

CZAS

O Palatynie nadal piszą wiersze.
Obok Porta Petrusa nadal siadają młodzi zakochani.
Rzymskim fontannom nadal układa się symfonie.


Czemu poświęcać będą sonaty młodzi Polacy za dwa tysiące lat?

czwartek, 16 października 2008

STO CZTERDZIEŚCI KAWAŁKÓW

No dobrze, ale kto zapłaci te 140 tysięcy złotych (plus hotel, jakieś tysiąc euro) za wyczarterowanie boeinga 737 na trasie Warszawa-Bruksela-Warszawa?
„Największy przedstawiciel Polski” – jak się sam określił prezydent Kaczyński, miękkonogi premier Tusk, obaj, solidarnie, po 70 tysięcy i 500 euro (dalej za hotel p. prezydenta i grupy jego dygnitarzy)?
Bo, do jasnej Anielki, chyba nie podatnicy!?

czwartek, 9 października 2008

OKAZJA

„To samo, tylko więcej” – tak skwitował program polityczny Jarosława (z przyległościami) Kaczyńskiego trzeci niegdyś brat Ludwik Dorn.
Dorn jest niesprawiedliwy.
W czasie wakacji nasz wielki duet opracował zupełnie nową strategię. Można ją zamknąć słowem: „inicjatywa”.
Inicjatywa za wszelką cenę, w każdej możliwej dziedzinie, gdziekolwiek nadarzy się okazja.
Kryzys na giełdach? Okazja! Zaproponujemy powstanie zespołu jedności narodowej ponad podziałami dla ratowania polskiej gospodarki. Zwołamy radę gabinetową, by wywołać odrobinę histerii: nic wielkiego, trochę panicznego wycofywania wkładów, trochę odmów kredytów dla przemysłu i usług, małe poderwanie zaufania do złotego i polskich obligacji…
Spotkanie premierów UE? Okazja – pojedziemy! Musimy przecież dać światu sygnał, że do cieszącego się rekordowym poparciem społeczeństwa rządu polskiego świat nie powinien mieć zaufania, bo tylko nieomylna para braci może wyratować Europę i świat z opresji!
Przekazanie szpitali samorządom? Okazja! Pokażemy się w telewizji i wyjawimy Polakom niecny plan wilczookiego Tuska, który chce leczyć tylko bogatych, a eksterminować biednych!
Emerytury pomostowe? Okazja! Zrobimy wszystko, by w imię sprawiedliwości społecznej ustawa nie weszła w życie!
Ustawa budżetowa? Okazja! Ogłosimy, że jeszcze nigdy nie była tak zła dla Polski i Polaków!
A zatem wezyr Dorn jest niesprawiedliwy. Jarosław Kaczyński (z przyległościami) mają zupełnie nową strategię. „Inicjatywy”. Seryjnie. Jedna po drugiej. Codziennie. Na amfetaminie. Bo niebo jest zielone.


Niniejszy felieton także na stronach http://studioopinii.pl

czwartek, 2 października 2008

CZAS CIERPIENIA

Na światowym kryzysie finansowym najbardziej ucierpieli… specjaliści od ekonomii, finansów i polityk monetarnych. Cierpieli, słuchając festiwalu ignorancji ekonomicznej, jaką prezentował niemal każdy polityk i połowa dziennikarzy wypowiadających się na temat kryzysu.
Najbardziej chyba przerażającym aspektem kryzysu było nagłe uświadomienie sobie, że politycy nie mają pojęcia o ekonomii. Nie jest przyjemnie żyć ze świadomością, że jesteśmy w rękach, jakby powiedział prezydent Wałęsa, „małp z brzytwą”.
To, co w czwartkowej dyskusji w Sejmie mówili nasi deputowani, poczynając od Olejniczaka („To poważny kryzys, krach teorii neoliberalizmu. Twórcy kapitalizmu mylili się. Jak na giełdzie można zarobić w ciągu miesiąca 30, 100, 1000%, to nie jest to już związane z fundamentami, to spekulacja”), przeciwstawiającego liberalizmowi (czysto liberalną) koncepcję solidarnej gospodarki rynkowej…
Następni mówcy, niezależnie od przynależności partyjnej, też mówili głupstwa, aż słuchać było hadko. Czy z PiS-u, czy z PO, mówili, jakby skończyli szkołę ekonomiczną w Moskwie i to przed 1956 rokiem. Ich zdaniem „Państwo” (to pojęcie też było mgliste dla większości mówców), ma ich zdaniem prawo pakować nos nie tylko w interesy prywatnych spółek, ale i w ich strukturę własności! Postulaty „odebrania” zagranicznym bankom ich polskich oddziałów, łączyły nadzwyczaj dziś zgodne lewicę i prawicę…


A jeśli Olejniczak w gruncie rzeczy ma rację? Fakt, że myli pojęcia, ale czyż nie do czysto socjalistycznych metod uciekli się, w obliczu kryzysu, światowi politycy, na czele z tymi, którzy uważani byli za bastiony prawicowości: George W., Sarko, p. Merkel, Brown, Cowen, Taro Aso? Czyż nie scentralizowali zarządzania gospodarką, kiedy okazało się, że jest kryzys? Czyż nie potraktowali publicznych pieniędzy jak śmieci? Czyż nie pokłonili się zasadzie: „zyski są prywatne, straty są publiczne”? Czyż nie przerzucili kosztów błędów rozpasanych spekulantów, działających lege [mercatis] artis, na Bogu ducha winnych podatników? Czyż nie wynagrodzili pieniędzmi drobnych ciułaczy pozbawionych wszelkich skrupułów rekinów finansjery?

Cóż – można powiedzieć, że interweniując w rynki finansowe publicznym groszem, polityczni przywódcy kapitalistycznego świata działali w obliczu wyższej konieczności, wybierali mniejsze zło, nie mieli innego wyjścia.
Z drugiej jednak strony warto wczytać się w treść listu 166 słynnych ekonomistów (w tym 3 laureatów Nagrody Nobla) z apelem do Kongresu USA, by odrzucił Plan Paulsona. Autorzy twierdzą, że i tym razem rynek byłby znacznie lepszym regulatorem, że kryzys oczyściłby świat finansów z ludzi zbyt chciwych, niesprawnych, nieuczciwych, nienasyconych, działających w imię niskich pobudek. Wyciągniecie ich za uszy z bagna stworzy kolejną „pokusę przestępstwa”, recykluje ich w nowym ładzie ekonomicznym… Ba, układ ekonomiczny nie będzie nowy, lecz stary, ze wszystkimi wadami starego, a interwencja rządowa nie tylko utrwali złe mechanizmy i pozycję złych menedżerów, ale i doprowadzi wcześniej czy później do kryzysu nowego, podobnego do obecnego, tyle, że o wiele groźniejszego, bardziej niszczycielskiego…

Godzi się jednak przypomnieć, że wiele spośród wielkich exploit ekonomicznych odbyło się w warunkach centralnie planowanej gospodarki, drastycznych interwencji rządowych, a nawet w warunkach daleko idącego ograniczenia wolności osobistych obywateli.
Taki był właśnie rooseveltowski „New Deal”, uważany powszechnie za program, który wyprowadził Amerykę z Wielkiej Depresji; opierał się właśnie na interwencji państwa w gospodarkę.
Na pierwszy „New Deal” z r. 1933, składała się antyrynkowa reforma bankowości i przemysłu, programy społecznej opieki, czy robót publicznych. Drugi „New Deal”, zaakceptowany entuzjastycznie przez centrale związkowe, wprowadzający obowiązkowe ubezpieczenia społeczne, system pomocy dla rolników (słynne wypłaty za nieuprawianie roli), został zakwestionowany przez Trybunał Konstytucyjny, ale wprowadzony tylnymi drzwiami z kosmetycznymi zmianami. Destruktywne pozostałości „New Dealu” zniósł dopiero Ronald Reagan.

Czyż nie był czystym ćwiczeniem z socjalizmu „skok” gospodarczy hitlerowskich Niemiec, powodujący, że w ciągu 5 lat, kraj ten, z niemal całkowicie zrujnowanego, urósł do kontynentalnej, jeśli nie światowej potęgi, zdolnej dokonać zaboru Sudetów i Anschlussu Austrii?…
A jak inaczej można ocenić gwałtowny postęp gospodarczy centralnie, a nawet ręcznie sterowanej gospodarki zrujnowanej podczas II Wojny Światowej Japonii? A Korei Południowej? A rządzonego zupełnie nie demokratycznymi metodami przez rodzinę Lee Singapuru? A ostatnie przykłady: Chin, Indii, Indonezji, Tajlandii?... W żadnym z tych krajów nie zaistniało coś, co można byłoby nazwać „wolnym rynkiem”, wszędzie interwencja państwa w gospodarkę była i jest kluczowa …

Jaki system ekonomiczny jest więc idealny? Obecny kryzys dowiódł, że istnieje pewien uniwersalny model dobrobytu.
Dla obywateli sprawa jest prosta: „Chcę mieć tyle pieniędzy, ile mi się zamarzy, nie chcę płacić podatków, chcę móc za moje pieniądze kupić tyle dóbr i usług, ile uznam za stosowne. Wybiorę ten model, który do owego ideału pozwoli mi się zbliżyć”.
Z ekonomistami sprawa jest bardziej złożona, ponieważ ci wykształceni wiedzą, że podobne pragnienia obywateli nie są możliwe do spełnienia, a ci wykształceni gorzej, na ogół skupieni w ugrupowaniach bolszewickich (lewicowych i prawicowych) sądzą, że owszem, starczy zabrać bogatym i rozdać biednym a w razie potrzeby wystarczy dodrukować pieniądze. Ależ bolszewików w naszym Sejmie!



ARTYKUŁ TEN RÓWNIEŻ NA STRONACH http://studioopinii.pl Polecam!

piątek, 26 września 2008

ZRZUTKA

Czytam, że gdański sąd rejonowy skazał prezydenta Lecha Wałęsę na karę 7,5 tys. zł. grzywny za nazwanie Krzysztofa Wyszkowskiego „małpą z brzytwą”.
Nie wdając się w meritum – a więc, czy Wyszkowski jest, czy nie jest małpą, czy ma brzytwę, czy jej nie ma– chciałbym zadeklarować wpłatę pierwszej stówy na konto prezydenta i jednocześnie wezwać do pójścia w moje ślady.
Po to, by prezydent Wałęsa mógł teraz i w przyszłości mówić, co zechce.



Fundacja Instytut Lecha Wałęsy
Nr Konta Fundacji:
BPH PBK S.A. o/Warszawa
15 1060 0076 0000 3200 0084 6760


Foto: za wikimedia.org

poniedziałek, 22 września 2008

GENIALNI STRATEDZY

Ja już chyba rozumiem, dlaczego Donald Tusk nie chce wdrożyć procedury impeachmentu prezydenta Kaczyńskiego, choć byłyby po temu oczywiste podstawy konstytucyjne: zrozumiał, że im dłużej bracia Kaczyńscy są na publicznym widoku, tym dłużej i on pozostanie przy władzy.
Weźmy „aferę Asmusa”. „Genialny strateg” wymyślił, że zaszkodzi jednemu z głównych konkurentów Lecha Kaczyńskiego do fotela prezydenckiego A.D. 2010 – Radosławowi Sikorskiemu – oskarżając go o wyjawienie tajemnicy państwowej.
Pamiętają państwo: Sikorski wezwany do Pałacu, zamknięty w dźwiękoszczelnym pokoju i wypytywany prokuratorskim tonem: „czy zna pan Rona Asmusa?” (wpływowego w obozie amerykańskich Demokratów politologa) i „Czy pan jest tłumaczem” (tj. czy tłumaczył telefoniczną rozmowę premiera Tuska z wiceprezydentem USA Dickiem Cheneyem). Tymczasem: żadnego układu z Asmusem nie było, Sikorski nie tłumaczył rozmowy z Cheneyem, a Polska podpisała bardzo korzystne porozumienie z USA, jakiego nie potrafili wynegocjować pisowscy dyplomaci.

Tylko osoba niespełna rozumu może potraktować podobną rozmowę jako tajemnicę państwową. Nie koniec na tym. Powstaje kilka niepokojących pytań:
- Kto i dlaczego dostarcza prezydentowi nieprawdziwych informacji?
- Dlaczego ów ktoś jątrzy, zaognia konflikt między rządem a prezydentem?
- Dlaczego prezydent wierzy w takie bzdury? Czyżby to była jedna z osób najbliższych prezydentowi, osoba, do której prezydent ma zaufanie? Czy jest jednym z najbliższych współpracowników prezydenta?
- Czy najbliżsi doradcy prezydenta świadomie dostarczają głowie państwa polskiego nieprawdziwe informacje?
- Dlaczego ludzie z najbliższego otoczenia prezydenta wprowadzają go w błąd? W imię jakich celów działają? W imię jakich sił wprowadzają w błąd prezydenta RP?
- Kto pierwszy stworzył pogłoskę, że Sikorski po cichu dogadał się z Demokratami za plecami prezydenta Busha? Dlaczego jego historię prezydent uznał za prawdopodobną?
- Może dlatego, że była to osoba z otoczenia premiera Tuska?
- Kto jest szpiegiem ludzi z otoczenia prezydenta, działającym w otoczeniu premiera? - Czy jest to osoba motywowana własną mitomanią, czy zawodowiec, który robi to za pieniądze?
- Jeśli szpieguje premiera za pieniądze, to kto mu je wypłaca?
- Jak te pieniądze są zaksięgowane?
- Czy istnieje w naszym kraju jakaś tajna służba, pozostająca poza kontrolą rządu, a wykorzystywana przez ludzi z najbliższego otoczenia prezydenta?
- Czy ów szpieg pochodzi z nowego naboru, czy to stary ubek na usługach współpracowników prezydenta?

Te i inne pytania z pewnością wypłyną na procesie. A to oznacza, że z ewentualnego procesu przeciwko Sikorskiemu zdewastowany wyjdzie prezydent, jego brat i cały PiS.
Dlatego premier Tusk zrobi wszystko, by prawicowymi bolszewikami polskimi jak najdłużej rządzili ci sami, co teraz „genialni stratedzy”. Choćby się najbardziej starał, on nigdy im tak nie zaszkodzi, jak zaszkodzą sobie oni sami.

A w kwestii meritum: osobiście sądzę, że „afera Asmusa” nie została wykreowana przez jakiegoś szpiega w obozie Tuska, ale bezpośrednio przez chore umysły z otoczenia prezydenta, które wystawiają go na szwank i śmieszność. Najgorsze jest to, że on ich nadal słucha, nadal darzy ich zaufaniem. Tak jak tego b. ministra, który niedawno wszedł do Pałacu z wielką tubą pod pachą. Co było w tubie? To oczywiste: schemat Układu. Rozrysowany na kolorowo!
Foto: makieta pola bitwy pod Waterloo

sobota, 13 września 2008

TRZODA

W gruncie rzeczy chyba myli się profesor Bartoszewski i inni, którzy twierdzą, że warto być przyzwoitym.

Ludzkie stada chodzą za przywódcami; przywódcy niekoniecznie bywają przyzwoici.

Gdyby policzyć, za przyzwoitymi przywódcami chodzą mniejsze stada niż za nieprzyzwoitymi.

Za łajdakami, za mordercami – chodzą chyba chętniej niż za świętymi. Hitler wzbudzał większy entuzjazm niż święty Franciszek, po Stalinie płakało więcej szeregowych członków ludzkiej trzody niż po śmierci Syna Bożego.

Nieważne więc, jakim człowiekiem jesteś, dobrym, czy złym, uczciwym, czy skorumpowanym; nieważne zwłaszcza, czy mądrym, czy z mózgiem jak orzeszek; krzyknij, a owce pójdą za tobą.

piątek, 12 września 2008

sobota, 6 września 2008

BAJKA O RZECE I PAŁACU

Na początku była rzeka. Szeroka, kręta, leniwie podmywająca zielone, zadrzewione brzegi.
Było pięknie, ale rzeka była – jak by tu powiedzieć – jak rzeka.
Potem nad rzekę przyjechał Król.
Rozejrzał się i powiedział: „Taka jest nasza wola i przyjemność, by nad tą rzeką zbudować pałac”.
I zbudowano pałac.
Do zamku Król przyjeżdżał, kiedy tylko mógł.
Chociaż był królem, pragnął podzielić się pięknem rzeki i zamku z innymi. Za królem do pałacu zaczął zjeżdżać dwór. I wszyscy się dziwowali: „Jaki piękny pałac, jaka piękna rzeka”.
Co bogatsi pozazdrościli królowi i w pobliżu też sobie wybudowali pałace.
Rzeka nie była już – jakby tu powiedzieć – tylko rzeką. Byłą rzeką z pałacami. Została wyjątkową rzeką.
Minęły stulecia, a nad rzekę nadal przyjeżdżają ludzie, zatrzymują się i dziwują: „Jaka piękna rzeka, jakie piękne pałace”.

Jaki płynie morał z tej opowieści?
Ano taki, że jeśli masz rzekę – jakby tu powiedzieć – jak każda inna, to wybuduj nad nią pałac, a rzeka stanie się wyjątkowa.
Lecz nie buduj – jakby tu powiedzieć – pałacu jak każdy inny. Dbaj, by pałac był piękny!
Jeśli budujesz – buduj dobrze i pięknie. Albo nie buduj wcale.

poniedziałek, 1 września 2008

CO BĘDZIE DALEJ?

Kiedy umarł Jelcyn kilkakrotnie w TV przypominałem słowa Lecha Wałęsy, że bez Jelcyna nie byłoby wolnej Polski w UE i w NATO.
Dzisiaj te słowa nabierają jeszcze poważniejszego wydźwięku.
Okres Jelcyna, od 1991 do 1999 to jedyny okres – może od 1905 r. – kiedy Rosja zachowywała się jak normalne państwo. NORMALNE. Ogromne, ważne, potężne, globalne, ale NORMALNE.
Rosja najwyraźniej normalności nie znosi. By przetrwać musi się panoszyć. Napadać, podbijać, anektować. Zanim objął urząd prezydenta Miedwiediew powiedział, że demokracja to nie jest ustrój przystający do rosyjskiej rzeczywistości. Demokracja mogłaby doprowadzić je do entropii i do rozpadu. Dlatego musi być republiką autorytarną. Dlatego musi być więzieniem narodów.

Miedwiediew rzeczywiście to powiedział, odsyłam do Internetu.
Jeśli myśli tak Miedwiediew, myśli tak i najpopularniejszy i najważniejszy człowiek w kraju: Władimir Putin.
Z niedemokratyczności Rosji wynika wiele konsekwencji. Dla Rosjan i dla świata. Zwłaszcza dla sąsiadów Rosji. Jakie są to konsekwencje – widać na przykładzie Gruzji. Dzisiaj. „Nie mamy innych roszczeń” mówił Hitler po zajęciu Sudetów. To samo mówi dziś w wywiadzie Putin pod adresem Ukrainy. W 5 miesięcy po tym, jak wykrzyczał Bushowi na szczycie NATO: „Ukraina, widzisz George, to nie jest państwo: zachód – to przecież parę państw europejskich, reszta to my”. My, czyli Rosja.
Wierzymy Putinowi?

Dzisiaj przypada rocznica wybuchu II Wojny Światowej.
Dzisiaj w Brukseli obradowała Rada Europejska. Rezultaty tego spotkania są przerażające.! Historia niczego Europejczyków nie nauczyła. Już wczoraj monsieur Kouchner stwierdził, że „nie będzie żadnych sankcji, ale ostro napomnimy Rosję”. I dokładnie tak się stało. Nie ma sankcji, są pogróżki, że jak Rosja nadal będzie napadać na małe sąsiedzkie kraje i anektować inne, to niewykluczone, że Europa pogrozi jej palcem. Na Kremlu do dziśkulają się ze śmiechu.

Kluczem do rozumienia obecnej sytuacji jest energia. Kiedy za kratami osadzono Chodorkowskiego, każdy rozsądny analityk przejrzał strategię Putina: zmonopolizować w swoich rękach rosyjską ropę, uzależnić Zachód od rosyjskiej ropy, potem robić, co się podoba. Zachodni politycy udawali, że tego nie dostrzegają.

Zachód to my. Polska miała dobry projekt współpracy energetycznej z Norwegią; byłaby całkowicie uniezależniona od rosyjskich dostaw energetycznych. Jeśli dziś nie ma, to dzięki Leszkowi Millerowi, który anulował porozumienia z Norwegią i uzależnił nas całkowicie od rosyjskiej ropy i gazu. Ja nawet nie zakładam, że on to zrobił, bo jest rosyjskim agentem. On to mógł zrobić z głupoty; sądząc, że Rosja Jelcyna, Rosja NORMALNA trwać będzie wiecznie. Nieważne: Leszkowi Millerowi Polska zawdzięcza dwa największe nieszczęścia ostatnich dziesięcioleci: uzależnienie energetyczne od Rosji i rządy PiS-u.

Co dalej?
Dzisiaj – jako się rzekło – przypada rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Kto choćby po łebkach zna historię, już wie, co będzie dalej.

niedziela, 24 sierpnia 2008

GŁUPOTA JEST NUDNA

Zważywszy kierunek, jaki obrał świat, a zwłaszcza media…
Mój krytycyzm wobec mediów jest nawet większy od krytycyzmu pana Jasa…

Z tymi mediami to jest tak, że Gierek miał je wszystkie, a ludzie czytali bibułę… Jaruzelski miał je wszystkie, a ludzie wierzyli papieżowi i Wałęsie. Co mogłoby oznaczać, że wpływ mediów na opinię publiczną nie jest aż tak wielki, jak mogłoby się wydawać.
Ale z drugiej strony ludzie przestali czytać. Ich wizja świata nie opiera się już na lekturach i własnej wyobraźni, lecz na gotowych papkach, podawanych przez audiowizualne środki przekazu.

Ja nie poszedłem na „Pasję” i nie oglądałem jej w telewizji. I nie zamierzam. Uważam, że moje wyobrażenie o Mesjaszu, jakie rodzi się na podstawie lektury Ewangelii i apokryfów zawsze będzie w jakiś sposób „natchnione” przez Boga; jeśli On dał mi ducha, On zadba we właściwy sposób o moje o Nim wyobrażenie.
Jeśli poszedłbym na „Pasję” – zamknąłbym Mu drogę do mojego ducha gotową wizją Mela Gibsona i jego współpracowników. No pasaran.

Jak kolosalny wpływ na naszych ojców i dziadów miały lektury możemy przekonać się czytając wspomnienia Powstańców Styczniowych, Legionistów, Powstańców Warszawskich. Syzyfowe prace okupantów i zaborców szły w niwecz w zderzeniu z Mickiewiczem, Słowackim, Norwidem, Krasińskim. Skandalicznie niepoprawny Sienkiewicz był równym stopniu komendantem Powstania Warszawskiego, co Bór-Komorowski…

Dzisiaj jednak ludzie nie czytają.
Na czym opierają swoje wyobrażenie o świecie, o ludziach, o Bogu, o Stworzeniu?
Proszę mi pomóc: mylę się, jeśli sądzę, że z mediów? Czy ktoś z Państwa natknął się kiedyś na jakieś poważne badania w tej dziedzinie? Jakie są ich wyniki?

A więc jednak – Gierek, nie Gierek, Jaruzelski, nie Jaruzelski – media są ważne. Cholernie ważne. One kształtują świadomość obecnego i przyszłych pokoleń Polaków (ograniczmy się chwilowo do rozważania sytuacji w Polsce, chociaż, jako żywo, nie ma zasadniczej różnicy w ofercie mediów w Polsce i za granicą). Taka będzie przyszła Polska, jakie dzisiejsze media.

I tu wreszcie przechodzę do zasadniczego trzonu mojego manifesto. Do głupoty. Przymierzam się do niej nie po raz pierwszy. Kilkakrotnie już o niej pisałem, wywołując gromkie dźwięczenie tysięcy nożyc.
Ale niech rzuci pierwszy kamieniem, kto sądzi, że głupota nie istnieje. Istnieje, spotykamy się z nią na co dzień. Każde z nas. Nie mówiąc, nie pisząc o głupocie, nie spowodujemy, że ona zniknie. Nie sprawimy, że stanie się mniej głupia.
Głupota nie ma znaku, nie ma płci, nie ma przynależności politycznej (no, może akurat w Polsce ma, Państwo wiedzą oczywiście, w jakich ugrupowaniach się gromadzi)? J

Gdybym miał adresować te słowa do moich Kolegów po fachu, do wydawców, do ludzi mediów wszystkich wieków i rodzajów, powiedziałbym: głupota jest nudna!
Gdybym miał adresować te słowa do drugiej grupy winowajców, odpowiedzialnych za fatalny stan intelektualny mediów: czytelników, radiosłuchaczy i telewidzów, powiedziałbym: głupota jest nudna.

Głupota jest przewidywalna, nieciekawa, płaska, niezajmująca, codzienna, tuzinkowa, banalna, nieoryginalna; jest nudna.
Mądrość, w przeciwieństwie do głupoty, jest zaskakująca, intrygująca, zajmująca, złożona, głęboka, oryginalna: jest pasjonująca.

Co zatem sprawia, że głupota jest wszechobecna w telewizji, w prasie, by nie wspominać już o radiu?
Skoro głupota jest nudna, a mądrość ciekawa, to dlaczego wszelką mądrość starannie eliminuje się z ramówek telewizyjnych i radiowych, ze spiegli gazet i czasopism?

Każdy wydawca, udając mądrego (ale nie za bardzo, o mądrego wydawcę naprawdę trudno) powie: „ja oczywiście dałbym same mądre rzeczy, ale one się źle sprzedają; publiczność żąda głupoty i ja jej tę głupotę daję”. I na poparcie tej tezy wyciągnie badania oglądalności, słuchalności, czytelnictwa.
Ja w takiej sytuacji, wobec takiej jaskrawej oczywistości, spuszczam głowę, podkulam ogon i idę do domu, myśląc: „cholera, że też musiałem urodzić się takim cudakiem”… Badania oglądalności nie kłamią: im coś głupszego, tym większą ma oglądalność, słupki skaczą, że aż miło. I na odwrót: im coś mądrzejszego, tym chętniej odbiorcy rezygnują z przywileju z owych mądrości korzystania.

A przecież głupota jest nudna, a mądrość pasjonująca!

Starsi z państwa pamiętają zapewne budowę pierwszego nowoczesnego budynku w powojennej Warszawie: hotelu Forum. „Dlaczego Szwedzi to potrafią a Polacy nie”? – pytano wówczas powszechnie, ale odpowiedź była fałszywa: „gdyby nie komunizm, to też byśmy potrafili”…
Kto wybuduje Polakom stadiony na Euro 2012? Też cudzoziemcy. Chińczycy. „Dlaczego Chińczycy potrafią, a my nie”? – pyta się dzisiaj powszechnie. Ale odpowiedź jest fałszywa: „Bo oni są komuniści i pracują pod knutem, a my nie”.
Odpowiedzi są fałszywe, bo tak naprawdę, to Forum budowali robotnicy polscy. I, prawdopodobnie, lwią część prac przy stadionach na Euro 2012, też wykonają Polacy.
Tyle, że przy Forum menedżerami, organizującymi pracę Polaków byli Szwedzi. A przy stadionach na Euro, menedżerami, organizującymi pracę polskich robotników będą Chińczycy.

Państwo wysnuli już wniosek?

Z tymi naszymi gazetami, jest trochę jak z Forum i stadionami: nie mamy menedżerów z prawdziwego znaczenia. Nie będziemy teraz roztrząsać dlaczego tak się dzieje, powiemy tylko – kto chce, zrozumie – że mamy paru wybitnych polityków, szczycących się tytułami naukowymi. I to mówi wszystko o naszych uniwersytetach.

Jeżeli w mediach triumfuje nudna głupota, miast arcyciekawa mądrość, to to nie jest wina dziennikarzy, tak jak nie było winą robotników od Forum, ani nie będzie winą budowniczych stadionów.

Z tym komunizmem, to jednak jest coś na rzeczy. Komunizm był przeciwny rozwarstwieniu społeczeństwa, zróżnicowaniu płac między robotnikami i menedżerami. No spowodował katastrofę. Z której nie potrafimy się wydostać. Niedawno p. prezydent zawetował ustawę o godnym wynagradzaniu menedżerów. No, ale to zrozumiałe, bo wywodzi się z formacji bolszewickiej. Jest przekonany, że robotnicy i chłopi sami potrafią zbudować… już nie Forum, już nawet nie stadiony; przyszłą Polskę.
Chciałoby się powiedzieć: „dla Polaków wszystko, co na świecie najlepsze”. Ale w tym systemie bez menedżerów, na gadaniu, jak zwykle, się skończy. Wszystko na świecie, co jest dobrej jakości, wyprodukowane jest przez firmy, których menedżerowie zarabiają krocie: Merce, Beemki, nokie, apple… To wszystko, co wzbudza nasze tęskny, czy nasze pożądanie, to wszystko, czego innym zazdrościmy. Gdybyśmy spróbowali płacić naszym menedżerom tyle, co prezesowi VW, GE czy LG, to Fakt, czy Superekspres – po bolszewicku – zaraz wydrukowałyby płomienne artykuły pełne świętego oburzenia, że to niemoralnie dawać menedżerom tyle pieniędzy, skoro robotnik w tej samej fabryce zarabia tak mało…
A mądry Lee Kwan Jew, twórca Singapuru, w swojej książce, „Od trzeciego do pierwszego świata” napisał „żeby wszyscy mieli po dużo, bogatym trzeba dać znacznie więcej niż biednym”.
Inaczej mało zarabiający robotnicy będą nadal zarabiać mało. Ich nadzieje na większe zarobki mogą pokładać tylko w menedżerach, którzy będą zarabiać znacznie więcej niż oni… W Stoczni w Gdańsku, w stoczni w Szczecinie… Jeśli chce się, żeby nie padły, trzeba zatrudnić menedżera, który dostanie oburzająco dużo pieniędzy. I zrobi z obu stoczni kury, znoszące złote jaja, tak jak stocznie koreańskie czy norweskie… Inaczej – naprawdę szkoda wysiłku rządu, szkoda wysiłku związkowców: w wolnym świecie zero szans na sukces. Zero szans na przyzwoity poziom życia bez rewelacyjnie przygotowanych menedżerów, zarabiających rewelacyjne pieniądze, mieszkających w rewelacyjnych mieszkaniach i jeżdżących rewelacyjnymi samochodami w towarzystwie rewelacyjnych dziewczyn…

Sprawa z mediami jest zbyt poważna, żeby pozostawić ich w rękach niesprawnych menedżerów, zdolnych kierować się wyłącznie wynikami oglądalności, słuchalności, czy czytelnictwa. Jak wszędzie, potrzeba dobrych menedżerów. Naprawdę dobrych.
Są dwa sposoby, żeby to osiągnąć: będziemy mieli świetnych wydawców, którzy zrozumieją krótkowzroczność pogoni za „słupkami” i znajdą menedżerów, którzy pojmą także inne aspekty – zwłaszcza społeczno-narodowe – biznesu wydawniczego. Ale prędzej będziemy wspólnie podziwiać kaktus, rosnący na mojej dłoni...
Drugi sposób to ten, że na wydawcach wymogą to czytelnicy, radiosłuchacze, telewidzowie. Ale prędzej kaktusy wyrosną Państwu na dłoniach...
Cóż, ja mimo wszystko zabieram się za książkę o roślinach pustynnych…

czwartek, 21 sierpnia 2008

CZEKAJĄC NA REWOLUCJĘ

Witam z wakacji. Nim jeszcze pogrążę się w dolce far niente, nim opadnie mi poziom adrenaliny, chciałbym odnotować odejście p. Fotygi. To nie będzie eleganckie, ale ja osobiście żegnam ją bez żalu. Ja wiem, że to nie wszystko jej wina, że często była kukiełką, wykonującą polecenia przełożonych, ale osoba o tak niewielkiej znajomości kwestii międzynarodowych nie powinna nigdy przyjmować stanowiska ministra spraw zagranicznych sporego państwa europejskiego. To był naprawdę wyjątkowy kocktail niekompetencji, braku szarmu, niezbędnego przy tym zawodzie i katastrofalnych, endeckich poglądów politycznych; żywe przeciwieństwo tego, czym powinien być szef dyplomacji. Polska dyplomacja nie osiągnęła podobnego perigeum od czasu powrotu do demokracji. Myślę, że raz po raz odtrąbiane "sukcesy" pani minister przejdą do przysłów, podobnie jak pyrrusowe zwycięstwa.
Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że - zdaniem wielu zawodowców z MSZ-u - podjęła ona próbę uporządkowania zabagnionego ministerstwa, rządząnego feudalnymi metodami przez ludzi, których celem często bywa wyłącznie kariera i zaszczyty.
Ministerstwo - jako się rzekło - czeka jeszcze na swoją rewolucję.
A robi się ona coraz pilniejsza. Świat się zmienia, a Polska likwiduje placówki dyplomatyczne. Nie odnotowaliśmy eksplozji Chin, niezwykłego wzrostu gospodarki Indii, nie interesujemy się ani Singapurem, ani Malezją, po przygodzie z Daewoo wygląda, że zapomnieliśmy gdzie leży Korea PD, a do Japonii jeszcze żaden nasz odkrywca nie dotarł...
Niewiarygodnie rozwija się Ameryka Łacińska, mnóstwo się dzieje w kilku krajach afrykańskich... A nas jakby to nie dotyczyło. Tymczasem dyplomacja niemiecka i francuska, a amerykańska już od dawna, szaleją po świecie, przekuwając kontakty na dźwięczące pieniądze. A my mielibyśmy tak wiele do zaoferowania krajom rozwijającym się, które nie zawsze jeszcze dojrzały na przyjęcie nowocześniejszych technologii zaawansowanego świata.
MSZ czeka jeszcze na rewolucję. Mamy naprawdę sporo dobrych specjalistów od spraw zagranicznych. Pora to dostrzec i wykorzystać ich dla dobra Polski.

niedziela, 17 sierpnia 2008

KRAJOBRAZ PO GRUZJI

Ma po stokroć racje prezydent Kaczyński, kiedy mówi, że Rosja pokazała prawdziwe oblicze.
Kiedy je zaś odsłoniła, okazało się, że nie jest w niczym odmienne od tego, jakie znaliśmy od czasów bolszewickiej rewolucji.
Kiedy piszę, reporter al-Dzaziry, stojąc na centralnym placu zajętego przez Rosjan Gori opisuje, co dzieje się w otaczających miasto wioskach: rosyjscy żołnierze gwałcą, zabijają i rabują wszystko, co się da. To nie są maruderzy, to regularne, ba doborowe oddziały rosyjskiej armii: żołnierze 76 brygady powietrzno-desantowej z Pskowa, jedynej brygady, składającej się z samych ochotników, wzorowo wyszkolonej i zaprawionej w boju, oraz rosyjscy odpowiednicy amerykańskich marines, którzy zeszli ze statków Floty Czarnomorskiej w porcie w Suchumi. Robią to samo, co ich ojcowie i dziadkowie w wyzwalanej Polsce, co w pokonywanych Niemczech w 1945 roku.
Nie koniec na tym. Pod skrzydłami Rosjan dokonano zaciągu do nieregularnych band: kozacy z Krasnodarskiego Kraju, Czeczenii spod Groznego, naziskinowie, członkowie „Naszych”, młodzieżówki „Jednej Rosji”, zwanych „Putinjugend”.… Obficie uzbrojeni na polecenie Kremla, grasują swobodnie wzdłuż całego pogranicza Gruzji, dopuszczając się okrucieństw, do jakich tylko nieregularne bandy są zdolne.

Od początku wojny oglądam rosyjskie telewizje i czytam rosyjskie gazety. Nie mogę wyjść z pewnego rodzaju ponurego podziwu.
Pamiętają państwo „intronizację” Miedwiediewa? Zapewne uwagę państwa przykuł przepych, jaki ją otaczał. A specjaliści od telewizji z całego świata – trwa to do dziś – poczuli się jak kopciuszki: nikt nigdy w historii nie przeprowadził tak sprawnej, tak imponującej i tak perfekcyjnej technicznie operacji telewizyjnej. Powszechnie się uważało, że techniczny szczyt w tej dziedzinie osiągnięty został przez Włochów z RAI podczas transmisji pogrzebu Jana Pawła II: 270 kamer, 6 wozów reżyserskich i koordynacja, granicząca z perfekcją. Rosjanie to pobili. Użyli większej liczby kamer, lepiej rozlokowanych, plany były doskonale oświetlone, tak, by przechodzeniu z jednego ujęcia na kolejne nie było żadnego skoku w natężeniu i barwie światła. Ale to nic: z pobieżnej już analizy wynika, że tak naprawdę, tych ceremonii było trzy. Przez trzy kolejne dni, wszyscy jej uczestnicy przychodzili w to samo miejsce, tak samo ubrani, zajmowali te same pozycje, co do milimetra. W efekcie, przejście Miedwiediewa przez 35-metrową salę zajęło prawie 2 minuty, transmisja na żywo mieszała się z obrazami zarejestrowanymi wcześniej. Dziesiątki kamer rejestrowały wydarzenie z każdej możliwej pozycji. Była ruchoma kamera „na drucie”, której nie było widać na planach ogólnych: te ujęcia nakręcono poprzedniego dnia. Była kamera „subiektywna”, pokazująca, co widzi idący przez salę Miedwiediew; na ogólnych planach nie było jej widać – kręcono poprzedniego dnia. Były kamery pokazujące Miedwiediewa zza szpaleru: j/w. i Reżyserka, która miesza „live” z elementami zarejestrowanymi, opóźnia „live” za każdym „wtrętem” o kolejne ułamki sekund.
Podobnie zrealizowane słynne przejście Putina z Miedwiediewem przez plac Czerwony w przeddzień ceremonii: dwóch samotnych mężczyzn w delikatnie padającym śniegu, idzie po błyszczącej od wilgoci bazaltowej kostce. Kamera prowadzi ich krok po kroku. Tylko specjaliści potrafią sobie wyobrazić ile wysiłku musiała kosztować produkcja: odegnanie przechodniów, rozpięcie specjalnego przewodu, po którym poruszała się kamera, doskonale zsychchronizowana z marszem bohaterów. Inna - na wysokim wysięgniku, jedna z tyłu, druga z przodu, by zróżnicować plany. Oświetlenie – czysta maestria: w żadnym ujęciu nie było widać obecności sztucznego światła, której nie potrafią się pozbyć nawet najwspanialsze produkcje hollywoodzkie. Wszystko wyglądało tak, jakby przypadkowa kamera uchwyciła moment przechadzki dwóch rozluźnionych przyjaciół…
Tak właśnie działa w tych dniach cała machina propagandowa Federacji Rosyjskiej. Gazety i telewizje osiągają podobne szczyty technicznej sprawności. Wojna prasowa z Gruzją i Zachodem, w tym z Polską – prowadzona jest z punktu widzenia technicznego i merytorycznego - rewelacyjnie. Przy tym, osiągnięcia Sowietów wydają się toporne i nieporadne, głosy Prawdy i Izwiestii z czasów Breżniewa – szczytem pluralizmu.

Saakaszwili dowiódł ponad wszelką wątpliwość, że jest politykiem całkowicie nieodpowiedzialnym. Skoro już jesteśmy przy okrucieństwach rosyjskich, nie zapominajmy, że przez pierwsze dwa dni wojny potwornych okrucieństw dopuszczały się także oddziały gruzińskie. Nie tylko do ostrzału zamieszkanego przez cywilów Cchinwali użyto czołgów i ciężkiej artylerii i – niewykluczone – bomb kasetowych, ale i mordowano bezpardonowo wszystko, co się rusza, w tym kobiety, nastolatki i dzieci. Podobno armia gruzińska miała rozkaz „nie brać jeńców”. Skąd ta pewność? Z telewizji. Bernard Kouchner, nim pojechał z Tbilisi do Moskwy zatrzymał się we Władykawkazie, stolicy Osetii Północnej. Poszedł między uchodźców. Spotkanie to transmitowała na żywo telewizja rosyjska. Opowieści, jakich wysłuchał Kouchner nie można było wyreżyserować. Rosjanie nie wiedzieli, że Kouchner tam się pojawi, nie mieli czasu uchodźców przygotować. Wypowiedzi były spontaniczne. Oczywiście jednostronne, naznaczone osobistym doświadczeniem, szokiem i potwornym stresem. Ale odrzucając nawet połowę relacjonowanych wydarzeń jako fantazję, to, co pozostaje jest równie przerażające, wystarcza, by postawić Saakaszwilego przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości za zbrodnie przeciw ludzkości, bo liczbę ofiar w samym Cchinwali ocenia się dziś na 1600. I 40-tysięczne miasto w 90% zniszczone.
Rosjanie zachęcali osetyjskich gangsterów (reżimu Eduarda Kokojtego nie da się inaczej określić) do prowokacji, przygotowywali do rozprawy z Gruzją prawdopodobnie już od czterech miesięcy – gromadzili na granicach sprzęt i ludzi. Saakaszwili to wiedział i być może uznał, że najlepszą obroną jest atak. Ale czyniąc to, pozbawił Gruzję czystości, ba, spowodował, że nawet ci politycznie najobojętniejsi, ci, którzy zdawali sobie sprawę, że Kokojty używa ich jako żywych tarcz, nigdy nie będą chcieli powrócić pod gruzińskie panowanie po tym, czego gruzińskie wojska dokonały w Cchinwali,. Nawet prezydent Kaczyński, między osławionym wiecem a konferencją prasową w Tbilisi, znalazł czas, by na Saakaszwilego ostro nakrzyczeć, za to, że pierwszy rozpoczął działania wojenne. Ba, na godzinę przed inwazją obaj panowie rozmawiali przez telefon i Saakaszwili nie był łaskaw poinformować swojego najbliższego zachodniego sojusznika o planach ataku!...

Jaki będzie krajobraz po bitwie?
Cóż, kilku liczących się światowych polityków przekona się, że Kaczyński miał rację: oblicze Rosji jest właśnie takie, jakie pokazała w Gruzji. Zrozumieją, że wchodzenie w jakiekolwiek zobowiązania z Rosją Putina (przekonaliśmy się ponad wszelką wątpliwość, że to on nadal rządzi Rosją), jest pozbawione sensu, że Rosji i jej obietnicom nie można ufać.
Ale, nawet ci najbardziej rozczarowani, nie zapomną, że pierwsze strzały oddał Saakaszwili, a to złagodzi potępienie Rosji.
Jednakże nie wszyscy będą do końca przekonani. Postawa Angeli Merkel w Soczi wskazuje, że Niemcy pozostaną najlepszym (choć nieco już gorszym niż przed 7 sierpnia) sojusznikiem Rosji na Zachodzie. Niemcy nie odstąpią od planu budowy Gazociągu Północnego pod Morzem Bałtyckim. Nie przekona się zapewne Berlusconiego, by przestał nazywać Putina swoim „przyjacielem” i przestał gościć jego i jego rodzinę w swojej willi na Sardynii. Nie przekona Zapatero, że liberalna gospodarka jest lepsza od centralnie sterowanej… No i zawsze Rosja będzie mogła liczyć na Evo Moralesa (trzeba było Państwu widzieć, jak rosyjskie media odtrąbiły jego zwycięstwo w boliwijskim referendum) i Ugo Chaveza. Nawiązany został trwały flirt z Raulem Castro: niebawem rosyjskie samoloty strategiczne TU-22 mają zostać rozlokowane na kubańskich lotniskach…
Ceny ropy, choć spadły do poziomu najniższego od pięciu miesięcy, tj. do 110 $ za baryłkę, mogą zacząć szybko rosnąc. A rosnące ceny paliwa mogą skłonić nawet najbardziej złych na Rosję polityków zachodnich do „realizmu”.
Na to z pewnością liczy Putin. Ropa i gaz to jego najsilniejsza broń i – przyznają to nawet najwięksi jego przeciwnicy – bronią ta posługuje się po mistrzowsku.
Każdy polityk europejski zdaje sobie sprawę, że ilekroć każdy z nas gotuje sobie wodę na herbatę, czy tankuje benzynę do swojego samochodu – finansuje wojnę w Gruzji, a w przyszłości także we Wschodniej Ukrainie, a kto wie, czy i nie w Mołdawii.
Ale od tego nie ma odwrotu: na ropę arabską nie możemy już liczyć: nie dadzą nam jej już ani kropli; zbyt nas nienawidzą, tym bardziej, że Chińczycy za ropę dadzą im więcej pieniędzy niż skłonni jesteśmy zapłacić my. Jedyne źródła aprowizacyjne Europy to – wyczerpujące się dość szybko zapasy na Morzu Północnym, Libia i Algieria, które pompują do Hiszpanii i do Włoch ropę i gaz. Nie przypadkiem Gazprom zaproponował odkupienie od Kadafiego wszystkich libijskich złóż i nie otrzymał odpowiedzi odmownej. Kadafi przestał liczyć w latach 90. na Rosję, ale teraz uważnie obserwuje jej powrót do roli supermocarstwa. Zachodu nienawidzi chyba bardziej niż jakikolwiek inny przywódca arabski i kto wie, czy w pewnych okolicznościach nie uzna, że opłaca mu się oddać swoje bogactwa w pacht Rosji. Teraz, choć dostaje miliardy dolarów z Europy, nie potrafi ich wykorzystać do unowocześnienia Libii, upodobnienia jej do Emiratów, Kataru czy Bahreinu. Liczy, że Rosjanie dadzą mu podobny impuls, jakiego Chińczycy dostarczają obecnie np. Angoli.
Europa jest w narożniku. Bez rosyjskiej ropy i gazu skazana jest na załamanie gospodarcze. A załamanie gospodarcze to wzrost niezadowolenia, to milionowe manifestacje rozwydrzonych związkowców na ulicach europejskich miast, to rozruchy, to gwałtowne zmiany rządów, to radykalizacja polityczna społeczeństw, to otwarcie drogi dla wszelkiej maści ekstremistów i demagogów, to chaos.
A chaos w Europie, to cel, do którego Rosja Putina dąży z żelazną konsekwencją. Mogą mu przeciwstawić „porządek” panujący w Rosji.

Konflikt w Gruzji przyspieszył decyzje Waszyngtonu i Warszawy o instalacji na terytorium Polski 10 rakiet przechwytujących z systemu MD, czyli tzw. tarczy antyrakietowej. Wbrew zapewnieniom Waszyngtonu, może on być skierowany przeciwko rakietom rosyjskim. Niedawno opublikowane studium, przeprowadzone przez specjalistów z bostońskiego MIT dowodzi, że wystrzelona spod Słupska rakieta może zestrzelić balistyczną rakietę, wystrzeloną w kierunku Wschodniego Wybrzeża USA ze środkowej Rosji. Informacje o tym zraz z grafikami publikowała u nas „Polska”.
Rosja posiada ok. 16 tysięcy głowic atomowych, w tym 6 tysięcy nadaje się do użytku, a 1800 gotowych jest w każdej chwili do odpalenia.
Dora wiadomość jest taka, że przy ew. ataku na Polskę Rosja nie użyje rakiet balistycznych. Złą wiadomość, że głowice takie mogą przenosić rakiety taktyczne, o zasięgu zaledwie kilkuset kilometrów. Ba, współczesna odmiana „katiuszy”, wielolufowa wyrzutnia rakietowa, np. typu „uragan”, instalowana na pierwszym-lepszym zil-e, może wystrzelić jednocześnie 14 „kieszonkowych” rakiet, wyposażonych w mini głowice atomowe. Np. z terytorium Kaliningradu…
Polsko-amerykańskie porozumienie jest ledwie parafowane. Condoleezza Rice obiecuje, że szybko je podpisze. A to oznacza, że czas gra przeciwko Rosjanom i Rosjanie doskonale o tym wiedzą.
Gdyby chcieli zaatakować Amerykę przez Biegun Północny – mają czas do 2014 roku; przed tą datą MD nie będzie w stanie działać.
Inna sprawa gdyby chcieli zaatakować Polskę. Pierwsza bateria „Patriotów” drugiej generacji zostanie rozlokowana w Polsce już w przyszłym roku. To 96 pocisków, ich skuteczność wynosi mniej więcej 3:1, czyli potrzebne są trzy pociski klasy „Patriot” do zestrzelenia jednej rakiety przeciwnika. Jedna bateria w przypadku rosyjskiego ataku to za mało. Na szczęście porozumienie polsko-amerykańskie w sprawie „Patriotów” pozostawia otwartą liczbę baterii, jakie można przenieść do Polski z bazy w Ramstein.
Co to oznacza? To oznacza, że jeśli Rosjanie zechcą naprawdę „ukarać” Polskę za wszystkie jej prawdziwe czy urojone przewinienia wobec imperium rosyjskiego, muszą uczynić to przed rozmieszczeniem „Patriotów”, czyli w ciągu najbliższego roku.
Polsko-amerykańska deklaracja polityczna, wchodząca w skład porozumienia, dopiętego przez rząd Tuska, jest doprawdy wyjątkowa. Czyni z nas uprzywilejowanego sojusznika Stanów Zjednoczonych. Żaden bodaj inny kraj na świecie nie cieszy się podobnymi gwarancjami, jakie udało się wynegocjować ministrowi Sikorskiemu (okazał się niezwykle sprawnym politykiem; zagrał va banque i wygrał). Dlatego – proszę wybaczyć słowny terroryzm - jeśli Rosjanie zaatakują nas przed rozmieszczeniem „Patriotów”, będziemy umierać ze świadomością, że zostaniemy przez Amerykanów pomszczeni...

Czy Rosję można pokonać militarnie? Oczywiście, że tak. Rzecz jasna nie Polska, ale cały Zachód, jeśli będzie zjednoczony (najpierw w ocenie prawdziwego charakteru putinowskiej Rosji, a potem w diagnozie, że śmiertelną chorobę można zdusić tylko w zarodku). Dzisiejsza Rosja to dydkum na słomianych nogach. Wyposażenie rosyjskiej armii nadaje się z małymi wyjątkami albo na złom, albo do muzeum techniki. Zdumiało mnie, że Rosjanie rzucili do Rosji wspomnianą 76 brygadę powietrzno-desantową aż z Pskowa, choć mają o dwa kroki od teatru działań analogiczną bazę w Noworossyjsku. Specjaliści wytłumaczyli mi, że w przeciwieństwie do trzech pozostałych, baza w Pskowie ma na czym latać, a jej pojazdy są sprawnie technicznie. Nie lepiej jest z flotą: do desantu rosyjskich „marines” w Abchazji użyto małych okrętów familiarnie zwanych „ropucha”, wyprodukowanych za Gomułki lub Gierka w Stoczni Północnej…
Rosyjskie T-72 ustępują czołgom niemieckim, amerykańskim i izraelskim, choć nadal stanowią potężną siłę. Stosunkowo najlepiej ma się lotnictwo szturmowe, oparte na SU-34, choć nie mają większych szans w starciu z F-16. Rzecz w tym, że 48 naszych F-16 to zawracanie głowy, a nie bariera przed rosyjskimi nalotami: potrzebujemy ich 10-krotnie więcej, by stać się wiarygodną siłą odstraszającą…
Ale to wszystko, to jest stan przejściowy. Putin zobowiązał dowódców wszystkich rodzajów broni do przeprowadzenia całkowitej modernizacji arsenałów i wprowadzenia nowej generacji broni do roku 2015. No i oczywiście Zachód z nim współpracuje, na zasadzie, którą Lenin określił „kupić od kapitalistów sznurek, na którym potem ich powiesimy”. Np. w pracach nad liniowcem średniego zasięgu SU-100 Rosjanie wykorzystali najnowsze generacje silników odrzutowych, skwapliwie dostarczanych im na umowach licencyjnych przez najlepszych zachodnich producentów. Zdziwią się, gdy pewnego dnia, dzięki nim, Rosjanie nadlecą nad ich domy?...

Czy musiało do tego dojść? Przecież Rosja Jelcyna wydawała się być na drodze ku integracji ze światem Zachodu?... Przecież w pierwszych latach po nominacji i Putin wydawał się być dobrym partnerem Waszyngtonu, Paryża czy Londynu. Pamiętamy, że w 2001 roku zezwolił na przelot nad terytorium Rosji amerykańskich bombowców, lecących na Afganistan… Dlaczego Putin się zmienił?
Czy jest opętany ideą przywrócenia Rosji roli supermocarstwa i nie widzi na to innych szans, niż konfrontacja zbrojna? Czy wydarzyło się coś, co zniechęciło go raz na zawsze do Zachodu? Upokorzyło, kazało zacząć szukać własnej drogi, bez, a nawet przeciw Zachodowi?... Czy czarę goryczy przelało przyłapanie go na zabójstwie Litwinienki? Czy amerykańskie kombinacje wokół złóż Morza Kaspijskiego, które w Moskwie uważają za swoje?
Zapewne w grę wchodzą obie przyczyny. Gdybym miał stawiać na jakieś przełomowe wydarzenia, stawiałbym na dwa: Pomarańczową Rewolucję na Ukrainie i Kosowo. To było dla Rosji boleśniejsze niż jakikolwiek inny policzek od Zachodu. Niepodległość Ukrainy zawsze traktowano na Kremlu jako anomalię, przejściowy kaprys, którzy zachodnim Ukraińcom przejdzie, kiedy wydorośleją i znów staną twarzą w twarz z Wielkim Głodem. Ruś Kijowska to wszak kolebka rosyjskiej państwowości. Przełom Juszczenki traktowany jest jako klęska narodowa, porównywalna z zajęciem Moskwy przez wojska polskie w 1612 roku.
Kosowo zaś to kolebka cywilizacji prawosławnej na Bałkanach, zwłaszcza jego część, zwana Metochią, krainą klasztorów. Oddanie jej w pacht muzułmanom, było w oczach Kremla zbrodnią na bratnim narodzie serbskim, co więcej, krótkowzroczną głupotą, która wcześniej czy później (zapewne wcześniej niż się wszyscy spodziewają) przerodzi się w gigantyczny problem dla Europy…
Mniej więcej dwa dni przeżyła nadzieja, że w Rosji ścierają się dwie koncepcje: pierwsza, konfrontacyjna, reprezentowana przez Putina, druga, bardziej ugodowa, nowocześniejsza, reprezentowana przez Miedwiediewa. Było kilka przesłanek, które mogły na to wskazywać. Być może obaj panowie odgrywali dobrego i złego policjanta, być może nawet Miedwiediew chciał popróbować samodzielności. Jakkolwiek było, skończyło się wraz z przyjęciem na Kremlu Siergieja Bagapsza i Eduarda Kokojtego, „prezydentów” Abchazji i Osetii Południowej. Miedwiediewa, skandując z wściekłością każde słowo, powiedział, że Rosja poprze „każdą decyzję” jaką podejmą Narody Abchazji i Osetii Pd. A to oznacza, że planuje przeprowadzić referenda, w których zwolennicy oderwania od Gruzji i „niepodległości” w ramach Federacji Rosyjskiej osiągną miażdżącą przewagę. Nie tylko poprze „te decyzje”, ale będzie ich gwarantem. I zakończył mrożącym krew w żyłach: „nie tylko na Kaukazie, alei na całym świecie”…

Miał rację prezydent Kaczyński, mówiąc, że w Gruzji Rosja pokazała swoje prawdziwe oblicze. Ale na tym kończą się jego rację. Reszta jest przejawem dramatycznej krótkowzroczności politycznej i skrajnego prymitywizmu dialektycznego.
Zdania takie, jak „jesteśmy tu by podjąć walkę” (w domyśle: z Rosją) są nieodpowiedzialne i niebezpieczne. Po pierwsze zachęcają Gruzinów do oporu, który równałby się samobójstwu tego małego, arcysympatycznego narodu, któremu jak dotąd, udało się przenieść w warunkach skrajnej presji tożsamość narodową przez carat i bolszewizm, a teraz ryzykuje zanikiem. Po drugie naraża Polskę na walkę z Rosją, a póki co, w walce z Rosją nie mamy szans. Pan prezydent dowiódł, że jest krzykaczem również przed grobem nieznanego żołnierza, w którym przyznał monopol na patriotyzm własnej formacji politycznej i wezwał polityków innych formacji, by się wycofali z życia politycznego Polski, ponieważ – jak stwierdził – nie będą w stanie obronić jej (w domyśle przed Rosją). Choć to dla Polaków przykre, bo dotyczy ich prezydenta, to jednak dobrze się stało, że na świecie nikt nie traktuje Lecha Kaczyńskiego poważnie. Za wyjątkiem Micheila Saakaszwilego. Do niedawna był uważany za interlokutora przez władze Ukrainy oraz państw bałtyckich, ale po groteskowej wyprawie do Tbilisi, zapewne i ci potencjalni sprzymierzeńcy mu ubyli…
Jacek Pałasiński

czwartek, 14 sierpnia 2008

KRZYKACZ I CZARUŚ W JEDNYM STALI DOMU

Najgorsza wiadomość dzisiejszego dnia to ta, jaką przekazał pan prezydent w dzisiejszych Sygnałach Dnia. Oświadczył oto, że jego wystąpienia w Tbilisi były przemyślane. Również te, że podejmuje walkę z Rosją. Na szczęście – kto słuchał TVN24, ten wie – Rosjanie dostrzegli w tym wystąpieniu prywatną inicjatywę pana prezydenta, nieuzgodnioną z rządem Rzeczypospolitej.
Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć art. 133 pkt 3 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej: „Prezydent Rzeczypospolitej w zakresie polityki zagranicznej współdziała z Prezesem Rady Ministrów i właściwym ministrem.”.
Otóż pan prezydent nie współdziała. Ja nie jestem specjalistą, ale na oko, pan prezydent w Tbilisi (i nie tylko) naruszył Konstytucję. Za to mógłby być postawiony przed Trybunałem Stanu na mocy art. 145 pkt 1 Konstytucji: „Prezydent Rzeczypospolitej za naruszenie Konstytucji, ustawy lub za popełnienie przestępstwa może być pociągnięty do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu”.

Los obdarzył nas ostatnio pewną ilością polityków – czarusiów.
Państwo z pewnością, tak jak ja, uwielbiają, gdy z nieśmiałym uśmiechem składają nam w TV dalekosiężne obietnice. Których potem, przeważnie, nie realizują. Rzecz jasna z powodu obiektywnych trudności.
Ale cóż – bez obietnic nie ma polityki, czarusie, choć irytujący, są jednak na ogół mniej szkodliwi od krzykaczy.

Najbardziej pożądani są politycy skuteczni. Los zesłał ostatnio kilku krajom takich polityków: Tony Blair, Jose Maria Aznar, Toomas Hendrik Ilves, Nicolas Sarkozy do spółki z Francisem Filonem, szejk Muhammad ibn Raszid al-Maktoum, MohammedaVI, Abd Allah II… Nawet zesłał Włochom Berlusconiego, o którym ostatni Newsweek cuda pisze.
Boże, uczyń z nami cud…

wtorek, 12 sierpnia 2008

ZWYCIĘZCY I POKONANI


Rosja wyszła z tej wojny zwycięsko.
Osiągnęła cele wojskowe, podłożyła tykająca bombę pod Saakaszwilego, powróciła na łono wspólnoty międzynarodowej w chwale mocarstwa silnego, lecz umiarkowanego, a przede w wszystkim dała do myślenia przywódcom wszystkich byłych republik sowieckich.
Zwłaszcza tych, którzy próbowali zadawać się z Kaczyńskim: Azerbejdżanu i Turkiestanu. Pan prezydent obiecywał Polakom, że turkmeńska i azerska ropa popłynie do Płocka. Alijewowi i Berdymohammedowowi obiecał unijne krocie za ropę, jeśli popłynie poza rosyjską kontrolą. No i wszyscy wyszli na tym, jak na całych rządach Kaczyńskich: Polacy nie mają azerskiej i turkmeńskiej ropy, Azerowie i Turkmenowie figę mają, a nie euro. Pożal się Boże!

Polska wyszła z tej wojny przegrana.
„Polska i kraje bałtyckie zapłacą za swoją krytykę Rosji” - zapowiedział ambasador Rosji w Polsce. Nie znamy jeszcze wysokości rachunku. Można będzie odesłać go L. i J. Kaczyńskim?
Czy naprawdę musimy znosić prezydenta, który zorganizował dzisiejszą (pożal się Boże!) wyprawę do Tbilisi i wciągnął to 3 innych prezydentów i jednego premiera? Czy zaakceptują kiedyś w przyszłości ofertę przejażdżki z osobą reprezentującą wobec zagranicy wszystkich Polaków?






sobota, 9 sierpnia 2008

O OSETII, GRUZJI I POLSCE

Kto z Państwa ogląda TVN24 powinien mieć niezły obraz tego, co dzieje się w Osetii Południowej.
Do tego wszystkiego, co powiedziałem na antenie chciałbym dołączyć kilka uwag.
Pierwsza. Osetia, jak sama nazwa mówi, to ojczyzna Osetyjczyków. Połączona działalność caratu i z piekła rodem geniusz Stalina sprawił, że Osetyjczycy nie mają swojej niepodległej ojczyzny. Ba, że ich ojczyzna jest podzielona na dwie części, między dwa kraje.
Po każdej wojnie następuje pokój.
Dlatego i po tej tez nastąpi. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jakim kosztem ludzkim i materialnym.
Jak ów pokój będzie wyglądał?
Gdybyśmy żyli w idealnym świecie, to jedną z opcji, jakie powinny być rozważane przy stole pokojowym, powinno być powstanie niepodległej Osetii.
Ale powstaje pytanie: czy istnieją Osetyjczycy, którzy jej pragną? Nie wiem. Nie słyszałem. Nie ma tego w literaturze fachowej.
Chciałbym, żeby do aparatu analitycznego Czytelników tego bloga dołączona została świadomość, że nie każdy naród marzy o własnej, niepodległej ojczyźnie.
By Państwo zdawali sobie sprawę, że proces asymilacji całych narodów (nie tylko na Kaukazie, nie tylko we wschodniej części Europy) prowadzi do zaniku takich marzeń.
Druga. Zadaję sobie pytanie czy Saakaszwili oszalał. Wydaje mi się, że tak. Nie znajduję żadnego logicznego wytłumaczenia dla jego zachowania i jego decyzji. Nie tylko postawił pod znakiem zapytania pracę całych pokoleń patriotów, którzy wśród niewyobrażalnej presji rusyfikacyjnej, przenieśli niemal bez szwanku świadomość narodową Gruzinów – bo stawką w tej wojnie jest istnienie Gruzji. Ale dokonał czegoś gorszego: odebrał Gruzji dziewictwo. Starcie z Rosją i tak było nieuniknione, ale nikt na świecie, nawet socjaldemokraci niemieccy, nie powinni mieć pretekstu do zrzucania odpowiedzialności za zaistniałą sytuację na Gruzję. W wojnie o prawdę, o szlachetność intencji, Gruzja powinna była wyjść zwycięsko.
Trzecia uwaga. Komunikat prezydentów Polski, Litwy, Łotwy i Estonii. Prywatnie w pełni podzielam zawartą w oświadczeniu diagnozę sytuacji. Ale to ja, nic nie znaczący pismak i zupełnie nie polityk. Jako obywatel spodziewam się, że politycy będą ode mnie – raptusa i radykała – rozsądniejsi, rozważniejsi, cierpliwsi i bardziej dalekowzroczni. Obawiam się, że taki komunikat może odebrać nam wiarygodność w możliwych działaniach dyplomatycznych, w próbach wpłynięcia na naszych partnerów z UE i NATO, a w efekcie może się okazać, że ubierając swoją ocenę sytuacji w tak drastyczne słowa, przywódcy czterech krajów wyrządzili Gruzji niedźwiedzią przysługę. To takie typowe dla Kaczyńskich!
Ale najważniejsze: dlaczego u licha tego oświadczenia nie podpisali liderzy Czech, Węgier, Rumunii i Bułgarii??? To kolejny „sukces” polityki zagranicznej made by Kaczyński & co…




Grafiki: commons.wikimedia.org
oraz: www.fpif.org/

czwartek, 7 sierpnia 2008

OBYŚMY ZDROWI BYLI

No, pan premier jest zdrowy. I daj mu Panie Boże.
No i pan prezydent też, bo dopóki niezależna komisja lekarska nie orzecze inaczej, każdy jest zdrowy wobec prawa.
Ja tylko chciałbym, wtrącić, że wszyscy wielcy przywódcy, ci dobrzy i ci be, chorowali na całego. Żeby nie sięgać już do Aleksandra Macedońskiego czy Heroda Wielkiego, to Churchill był nafaszerowany amfetaminą po uszy, jakby to zależało od lekarzy, to nie wstałby z łoża boleści. Hitler miał Parkinsona i leczył go – a jakże – wielkimi dawkami amfy, co częściowo wyjaśnia jego zachowanie. Lenin miał syfilisa, Stalin spędził życie na chowaniu suchej ręki, kurduplowatego wzrostu i chorób wszelkich, posyłając pod ścianę jedną po drugiej ekipy lekarskie, Kennedy był schorowany do niemożliwości (on też ciągle na amfie), a Breżniew nosił w żołądku srebrną, namagnesowaną kulkę, jakieś radzieckie panaceum na wszystkie choroby, ale od demencji go nie uchroniła…
Więc gadanie o stanie zdrowia polityków jest zajęciem czysto aleatorycznym.

No, może warto wymienić kilka uwag na temat zdrowia psychicznego.
Ale w gruncie rzeczy też nie warto.

Warto natomiast zastanowić się – nie nad impeachmentem – ale nad sensownością utrzymywania w polskim systemie politycznym figury prezydenta.
Mieliśmy kłopoty ze wszystkimi po kolei: Jaruzelskim, Wałęsą, Kwaśniewskim I i Kwaśniewskim II… Tylko z obecnym, na szczęście nie mamy problemów. Ale to nie zwalnia nas z potrzeby rozważenia, czy normalne państwo może znieść jednocześnie Sejm, Senat i prezydenta.
Albo senat, albo prezydent. A jednak Senat jest mniej kłopotliwy.


Foto Belwederu z okresu międzywojennego ze stron Miasta St. Warszawy

sobota, 2 sierpnia 2008

LUBIĘ ZWIERZĘTA

„Chcesz zaimponować swoim znajomym jakimiś ciekawostkami na temat seksu”?

Jacy jesteśmy? My, ludzie?
Kto jak kto, ale specjaliści od spraw marketingu i reklamy znają nas lepiej od Freuda i Junga razem wziętych.

Małe wyzwanie: mnie wychodzi, że wszystkie, ale to wszystkie reklamy telewizyjne grają na naszym (w kolejności):
- Popędzie seksualnym,
- Chciwości,
- Zazdrości,
- Snobizmie
- instynkcie macierzyńskim.

Czy ktoś z Państwa jest w stanie dowieść mi, że błądzę? Wskazać jakąś reklamę, która nie odwołuje się to wymienionych przeze cech ludzkości?

środa, 30 lipca 2008

BARBARZYŃSTWO

Wydawać by się mogło, że to już jest raz na zawsze oczywiste, ale każdy kolejny dzień utwierdza mnie w przekonaniu, że nie.

I dlatego jeszcze raz pozwalam sobie przypomnieć, zwłaszcza politykom i ludziom mediów, że:

To, co odróżnia człowieka cywilizowanego od dzikoluda, to zasada, że KAŻDY JEST NIEWINNY, DOPÓKI INACZEJ NIE ORZECZE SĄD PRAWOMOCNYM WYROKIEM.


By żaden zaszczuty dziennikarz nie musiał sobie podcinać żył w kościele, by żaden barbarzyńca nie organizował chuligańskich wybryków przed biurem oskarżonego burmistrza, by nikt nie podejrzewał ministrów o zdradę na podstawie plotek rodem z magla.


Kilka ostatnich lat zdewastowało świadomość… czy wszystkich Polaków, czy tylko dziennikarzy i ich przełożonych? Kilka ostatnich lat cofnęło nas w rozwoju cywilizacyjnym, skoro – kiedy się przypomina zasadę domniemania niewinności – wszyscy spadają z nieba: „jak to, to do skazania nie wystarczy samo podejrzenie”?

piątek, 25 lipca 2008

PRÓBA, PRÓBECZKA, PRÓBUNIA









Drodzy Państwo!


Oto ono:

http://alfaomega.webnode.com/





To próba, do poniedziałku pewne rzeczy ulegną jeszcze zmianom, na dobry rozruch jeszcze parę tygodni przyjdzie poczekać. Niestety na razie nie możemy zmienić wymiarów ani liczby szpalt, więc o to nie warto protestować, o wszystko inne warto.


Moi Koledzy i ja będziemy bardzo wdzięczni za wszelkie uwagi i krytyki.

środa, 23 lipca 2008

JA W KWESTII FORMALNEJ

Ja w kwestii formalnej: kiedy mówi się o kimś „psychopata” i sprawa ląduje w sądzie: czy sąd ma obowiązek poprosić o ekspertyzę psychiatrę? I jeśli psychiatra stwierdzi, że osoba obdarzona podobnym epitetem rzeczywiście ma poważne problemy psychiczne, czy sąd ma obowiązek uniewinnić oskarżonego o zniesławienie i obciążyć kosztami procesu powoda?
A jeśli człowiekiem, o którym ktoś się podobnie wyraził, jest politykiem? Czy obowiązują podobne zasady? Konieczna jest większa skrupulatność, czy mniejsza, zważywszy, że prawodawstwo europejskie ma tendencję do „odpuszczania” nieprzychylnych opinii o politykach?

I w jeszcze jednej kwestii formalnej: czy jeśli mówi się o kimś „chłystek”, to, kto – jeśli sprawa trafi do sądu - decyduje czy bohater podobnej wypowiedzi przypadkiem istotnie nie jest chłystkiem? Czy sąd ma obowiązek powołać np. „komisję mędrców”, by wypowiedziała się na temat chłystkowatości delikwenta lub jej braku?

Na zakończenie apel: proszę się nie denerwować, wszystko jest w porządku! Parlament – od francuskiego parlament, czyli „rozmawiając”, jest miejscem, które dojrzałe społeczeństwa wyznaczyły jako to, w którym powinny ścierać się różnego rodzaju poglądy. M.in. po to, by ścierały się, nawet gwałtownie, właśnie w parlamencie, a nie na u licach. Oczywiście, w młodych demokracjach parlamentarnych dochodzi do ekscesów, czasami do otwartego chuligaństwa, ale to nie jest wyłącznie polska specjalność. Na Tajwanie leją się po gębach co miesiąc, a i w innych parlamentach dalekowschodnich też. We Włoszech pewien poseł bujał pod adresem grupy innych posłów stryczkiem, ale mimo to został ministrem sprawiedliwości.


wtorek, 22 lipca 2008

SOLIDARNOŚĆ

Niewielu rzeczy jestem na tym świecie pewny, ale pewny jestem, że gdyby np. we Włoszech jakakolwiek partia chciała zbojkotować jakiekolwiek medium, wszystkie pozostałe media natychmiast, niezależnie od własnych sympatii czy antypatii politycznych, na znak solidarności, zaczęłyby tę partię ignorować, do czasu, aż przeprosi i przestanie się zachowywać jak rozkapryszony smarkacz.
Podobno jesteśmy ojczyzną solidarności. Jeszcze jeden patriotyczny mit, który wymaga weryfikacji.

niedziela, 13 lipca 2008

CISZA

[…] To takie świeże w moich myślach: stół, na stole kluski, naprzeciwko mnie siedzi Stefan i mówi: wiesz Jacek, że mam równo 10 lat więcej niż ty. Obok Stefana siedzi Jurek i mówi: wiesz Stefan, mam równo 10 lat więcej niż ty. Z najwyższą przykrością, kilka dni temu, wykasowałem numer Stefana z mojej komórki: już nie odpowie… Od dzisiaj będzie dzwonił w pustkę także telefon Jurka.
Był świadkiem, i to jakim!, najlepszych dni teatru polskiego, kompanem od filozofowania i od kieliszka największych reżyserów i aktorów. Boże: jakich wspaniałych zesłałeś ich na ziemię naszemu pokoleniu!
Założył Wydział Wiedzy o Teatrze w Warszawskiej PWST, najbardziej ekskluzywny wydział po złej stronie Żelaznej Kurtyny. „Nie wiem, co będziecie robić po tych studiach – powiedział nam gdzieś na początku naszego studiowania – ale kto je skończy nie będzie się wstydził na żadnym salonie”. Prześmignęły koło mnie lata, kraje i salony”: nie wstydziłem się na żadnym. Ten wstyd to przekleństwo polskości, ta niewiara we własne siły i możliwości, kompleks wobec Wspaniałych Narodów Zachodniej Europy, Bogatych Narodów Dalekiego Świata… Ten kompleks, na którym robią karierę partie poprzedniej koalicji…
Nie chcieliśmy zaakceptować jego „teorii sztabowej”; „niezależnie od wszystkiego znajdź sobie miejsce blisko sztabu; tam możesz mieć wpływ na bieg wypadków, tam możesz próbować ratować skazańców”… Bliskość sztabu pozwoliła mu założyć najlepszy wydział humanistyczny w tej części świata. Przesiąknięci ideą rewolucji, wygnania czerwonego, mieliśmy uszy zamknięte na jego argumenty; to było takie nieromantyczne… Ale, choć obróciliśmy się przeciw tylu narzuconym profesorom, przeciw niemu nigdy: był jak z podręcznika, nigdy nie zrobił niczego, co mogłoby pozbawić go naszego szacunku…
Cóż to była za inteligencja, co za dowcip, wieczory z nim to była duchowa uczta. Oczywiście miał pisać do naszej, ciągle jeszcze rodzącej się gazety: „wciągnę wam w to Holoubka” - powiedział, podniecony do nowego projektu jak pensjonarka…
Już nie cierpisz, Profesorze. Mam nadzieję, że ostrzysz swój dowcip w zaświatach, wśród starych przyjaciół, nie mogę się doczekać twojego kolejnego wica…

Jeszcze nie podniosłem wzroku z bruku, kiedy dopadła mnie kolejna wiadomość, kolejna śmierć, kolejny Profesor, kolejny mistrz. Jestem pewien, że jutrzejsze gazety napiszą na jego temat wiele górnolotnych słów.
Ja tylko chciałbym, w smutku, wyrazić szczere przekonanie, że jeśli Polska jest dziś niepodległa, że jeśli jest dzisiaj w NATO i w Unii Europejskiej, jeśli średnia płaca Polaków wzrosła z 8 dolarów do tysiąca pięciuset, to w dużej mierze zasługa Profesora Geremka. To był prawdziwy strateg Przemian. Być może jedynych mądrych Przemian w naszej historii. Bezkrwawych, spokojnych, otwierających przed Polakami przyszłość.
Mam wrażenie, że ostatnio był zmęczony, zniechęcony, może nawet trochę rozgoryczony. Kilka tygodni temu, może kilka miesięcy, tak, to musiało być późną wiosną, podszedł do mnie i powiedział: „Muszę panu podziękować, nie ma pan pojęcia jak mi było przykro. Nie za to, że mnie atakowali, to było oczywiste, ale dlatego, że właściwie nikt nie wziął mnie w obronę. Tylko pan”… Przeczytał „Kaczora w sieci”, znalazł felieton o „korporacji Geremka” i Państwa wpisy.
Cisną mi się na język złośliwe uwagi na temat tych, którzy do dziś starają się obsmarować wszystko to, czym Polska może się teraz i w przyszłości szczycić, ale się powstrzymam, wspominanie ich w jednym szeregu z moimi Profesorami byłoby nie na miejscu.

Ale powinienem napisać coś o telewizji. Oryginalnie, bo dobrze. Ostatnio nie kojarzy mi się z nią nic szczególnie pozytywnego. A dzisiaj… Siedzę tu z dala od Internetu i TVN24. Czuję się całkowicie odizolowany od Polski. Na szczęście zadzwoniło kilkoro Przyjaciół. W domu, w Rzymie, kiedy mam podłączone wszystkie media, czuję, że wibruję w rytmie ojczyzny. Tu, gdzie jestem bardzo mi jej brakuje. Pełnych zrozumienia spojrzeń przyzwoitych ludzi. Ukradkowego uścisku dłoni znajomych i nieznajomych. W dniach żałoby bardzo chciałbym być wśród Polaków, może udałoby się rozłożyć ten ból na więcej jednostek, może nie byłby tak dotkliwy, jak tu, w samotności.