sobota, 24 stycznia 2009

NIEBEZPIECZEŃSTWO OBAMA

Pierwsze decyzje nowego prezydenta zawierają w sobie pewną ilość potencjału destrukcyjnego.
Decyzja o wyciągnięciu ręki do świata islamu jest z pewnością podyktowana pozytywnymi uczuciami, ale Obama nie nakreślił żadnego limitu. Gdzie kończy się dialog? Gdzie zaczyna walka? Czy Ameryka będzie prowadzić partnerskie negocjacje z Hamasem? Z talibami, kontrolującymi dziś 53% Afganistanu (wg danych ISAF). Zakładamy, choć bez pewności, że z nimi nie. Ale czy Obama będzie dialogował np. z Muhammedem Sajjidem al-Tantawim, wielkim muftim Egiptu i wielkim szejkiem al-Azharu, uniwersytetu, będącego jednocześnie wykładnią sunnickiego szarjatu? Al Tantawi oficjalnie potępia samobójcze zamachy przeciw Żydom, ale podkreśla słuszność zapisów Koranu, twierdzącego, że Żydzi są zdegenerowani, kłamliwi, frywolni i przywiązani do Szatana. Tantawi nie dopuszcza do koedukacji w meczetach, nie pozwala, by kobiety były, jak w Maroku, imamami („albowiem nie jest rzeczą przystojną, by kobieta stała przed mężczyznami, a oni patrzyli na jej ciało”), zabrania ludzkiej reprodukcji „in vitro”… Domyślamy się, że zawsze znajdzie się w Białym Domu czas na audiencję dla Abdullaha II i Mohammeda VI, ale jak zostanie potraktowany Asif Ali Zardari? A Hassanal Bolkiah, sułtan Brunei?

Obama zamyka więzienie specjalne w bazie Guantanamo i chwała mu za to, bo podstawy prawne jego funkcjonowania były nadzwyczaj kruche i ściągały na USA krytykę świata islamu i europejskich demokratów. Ale do dziś nie wiemy, co się stanie z przetrzymywanymi tam ludźmi, podejrzanymi o terroryzm. Usłyszeliśmy ogólnikowe: „albo zostaną zwolnieni, albo przeniesieni do innych więzień”. Przeniesieni? Na stronach islamskich terrorystów można oglądać w tych dniach Saida Alego al-Shihriiego, przedstawiającego się jako „wicekomendanta jemeńskiej al-Kaidy”; w 2007 r. przeniesiony został z Guantanamo do więzienia w Arabii Saudyjskiej i stamtąd „wyparował”. To prawdopodobnie on zorganizował atak na ambasadę amerykańską w Saanie, który pochłonął 16 ofiar śmiertelnych. I to bynajmniej nie pierwszy i nie jedyny przypadek…

Specjalnym wysłannikiem do Afganistanu i Pakistanu Obama mianował Richarda Holbrooke’a, człowieka, który „wymyślił” niepodległe Kosowo, który przyczynił się do stworzenia najbardziej absurdalnego państwa na świecie, jakim jest dzisiejsza Bośnia i Hercegowina. Nie brak opinii, według których, Sowietów i ISAF łączy ten sam błąd, polegający na upartym podtrzymywaniu Afganistanu w granicach dość przypadkowo nakreślonych przez najpierw poprzez podboje pasztuńskiej dynastii Durrani, a potem przez Brytyjczyków i podporządkowaną im dynastię Barakzai. „Państwotwórcza” fantazja Holbrooka może ściągnąć kolejne nieszczęścia zarówno na Afganistan i graniczące z nim prowincje pakistańskie, jak i, przez indukcję, na stosunki islamu z Zachodem, zważywszy, że najbardziej wojownicze idee religijne nie rodzą się dziś na półwyspie Arabskim, tylko właśnie na pograniczu Pakistanu i Afganistanu (co najmniej 20 tysięcy madrasów uczących nienawiści do niewiernych i od maleńkości szkolących do ich zabijania).

Nie jest jasne, jak Obama ustosunkuje się do Iranu, a co za tym idzie, do Tarczy antyrakietowej. Dyskutującym w tej sprawie politykom i publicystom zdaje się umykać, że do każdego konfliktu są dwa możliwe podejścia: aktywne i pasywne. Aktywne to: zaatakować, zniszczyć irańskie instalacje nuklearne, starać się obalić Ahmedinedżada i ajatollahów podobnie, jak obalono Saddama Hussejna. Pasywne – zapewnić sobie obronę prze możliwym atakiem. Administracja Busha wybrała obronę, której podstawą była Tarcza. Co wybierze administracja Obamy?
Przebywający w tych dniach w Polsce amerykański analityk Andrew C. Kuchins, dyrektor programu analiz rosyjskich i euroazjatyckich CSS, Ośrodka Badań Strategicznych w Waszyngtonie, sądzi, że Obama zrezygnuje z Tarczy w zamian za przedłużenie, wygasającego pod koniec br. rosyjsko-amerykańskiego porozumienia START. Putin uwielbia spacerować po ostrzu brzytwy i jak dotąd jeszcze się na dobre nie zaciął. Ustępstwo ze strony Obamy w sprawie Tarczy może go bardzo rozochocić… A, że Obama do Tarczy nie ma nabożeństwa – to powiedział po spotkaniu z nim minister Spraw Zagranicznych RP Radosław Sikorski.
Rezygnacja z Tarczy może mieć istotne konsekwencje dla Polski, gdyż porozumienie w sprawie instalacji Patriotów na terenie naszego kraju uzależnione było od instalacji amerykańskich rakiet przechwytujących w Redzikowie. No i pod znakiem zapytania staje polsko amerykański traktat o strategicznym partnerstwie.

Potencjalnie niebezpieczne nie są tylko decyzje nowego prezydenta w dziedzinie polityki zagranicznej. Obama zakazał urzędnikom rządowym przyjmowania prezentów od waszyngtońskich lobbystów, a samym lobbystom, który trafili do administracji rządowej, zajmowania się sektorami, dla których lobbowali. Chwalebne, ale potencjalnie bałamutne. Lobbyści istnieją wszędzie – nie da się oddzielić świata biznesu i świata polityki – ale w USA zostali „zinstytucjonalizowani”. Lobbyści byli jawni i poddani kontroli; po dekrecie Obamy – istnieje duże prawdopodobieństwo – zejdą do „podziemia” i mogą korodować system podejmowania decyzji.

Rozczarowuje także plan ratowania amerykańskiej gospodarki przed kryzysem: w gruncie rzeczy to „odwieczny” projekt realizacji szeroko zakrojonych robót publicznych dla uniknięcia bezrobocia, ale zwiększający i tak już ogromy deficyt wewnętrzny Stanów Zjednoczonych. Nietknięte zostały jeszcze tak ogromne problemy strukturalne gospodarki USA, jak fakt, że FED to instytucja całkowicie prywatna, należąca do wielkich, prywatnych banków i realizująca interesy wąskiej grupy plutokratów, a nie państwa, a tym bardziej społeczeństwa, czy jak fakt, że ogromna cześć amerykańskiego M1 to pieniądze całkowicie wirtualne.

Na początku nowej prezydentury można odnieść wrażenie, że Obama nie ma wyrazistych poglądów. Jego przemówienia, pisane do spółki z 27-letnim poetą Jonem Favreau, są tyleż pełne polotu, co wyprane z konkretów. Cóż – władzy każdy musi się uczyć, musi pojąć, że podjęcie jakiejkolwiek decyzji niesie za sobą mnóstwo konsekwencji. Ta świadomość często bywa paraliżująca, ale brak decyzji bywa jeszcze gorszy od złych decyzji.


niedziela, 18 stycznia 2009

POKÓJ

Nicolas Sarkozy, Gordon Brown, Angela Merkel, Mirek Topolanek, Silvio Berlusconi, Jose Luis Rodriguez Zapatero. W jerozolimskiej siedzibie premiera naprzeciwko nich zasiadł Ehud Olmert. Bodaj jeszcze nigdy Europa nie zaangażowała się tak mocno na rzecz Bliskiego Wschodu. Przynajmniej słownie. „Oferujemy nasze okręty wojenne, by zapewnić, że broń nie będzie docierać drogą morską do Gazy” – mówił Gordon Brown. „Jesteśmy gotowi postawić naszych żołnierzy, by pilnowali przejść podziemnych między Gazą a Egiptem” – oferowała Angela Merkel. „Nasi żołnierze mogą stać na straży przejść granicznych między Gazą a Izraelem” – deklarował Silvio Berlusconi.
„Albowiem nie ma innego wyjścia – podsumował Nicolas Sarkozy – jak tylko: no rockets and IDF out of Gaza”. Tak zsyntetyzował w przemówienie francuskiego prezydenta dziennik Haaretz swym angielskojęzycznym wydaniu.
Otóż to: IDF (Izrael Defence Force) z dala od Gazy i żadnych hamasowskich rakiet na Izrael.
To takie proste.
I takie nieosiągalne.
Po 23 dniach wojny wiemy, że – jak zwykle – Izrael zastosował nieproporcjonalnie brutalne metody walki ze swym Palestyńskim przeciwnikiem. Widziałem na własne oczy w poprzednich potyczkach: Izrael stosuje zupełnie zbędną brutalność. „Wojna to nie igraszki, albo się walczy na całego, albo lepiej od razu się poddać” – tłumaczyli mi przedstawiciele rządu w Jerozolimie.
Muszę być niepoprawnym Europejczykiem, bo nic mnie do tego nie przekona. Jestem już na tyle stary, by wiedzieć, że istot ludzkich nic nie powstrzyma przed wojną. Musiałem przyjąć do wiadomości nienawistny mi fakt, że wojny istnieją i – póki ludzkości – istnieć będą. Wśród nich będą również takie, w których będzie oczywiste, po której stronie stoi racja, a po której wina. Nie mam wątpliwości, że w tej i poprzednich wojnach racja stała po stronie Izraela. Ale kto widział te wojny, wiedział, że Izrael zrobił wszystko, prawie wszystko, by w tych wojnach utracić wyższość moralną.
Tak było i w tej wojnie: 1245 ofiar śmiertelnych, do których doliczyć trzeba jeszcze 95 ciał, które w niedzielę po południu znaleziono pod gruzami bloku w Gazie, to w 65 procentach dzieci, kobiety i starcy. Nie lubili Izraela, ale do jego obywateli nie strzelali. Nie zasłużyli na śmierć. Wśród ponad 5000 rannych – proporcje były zapewne podobne. Ponad 100 izraelskich kul trafiło zdezelowanego mercedesa, którym wysłannik Corriere Della Sera, Lorenzo Cremonesi, za zgodą armii, podróżował po kontrolowanej przez nią części Strefy. „Widzisz, mówiliśmy ci, że Izraelczykom nie można ufać” – krzyczeli na włoskiego dziennikarza jego palestyński kierowca i przewodnik.
Nie wszyscy Palestyńczycy są sympatykami Hamasu. Ale wszyscy nie ufają Izraelowi.
Moja solidarność z Izraelem z początków tej wojny topniała z dnia na dzień. Z dnia na dzień z coraz większą irytacją reagowałem na najbardziej chyba nieudanego w historii premiera Izraela Ehuda Olmerta, człowieka, który przegrał wywołaną przez siebie wojnę z Hizbollahem w r. 2006 i nie chciał powtórzyć swego błędu w dwa i pół roku później. Choćby po trupach cywilów.
Kilkakrotnie użyłem w mojej karierze komentatora międzynarodowego określenia „Izrael to my”. Po tej wojnie już go zapewne nie użyję.
Bowiem „my” to humanitaryzm, to Konwencje Genewskie i Haskie. To przyzwoitość, to ochrona cywilów, to zdjęcie palca ze spustu w obliczu ryzyka zaszkodzenia niewinnym.

Po 23 dniach wojny wiem także – ale wiedziałem to jeszcze wcześniej – że Hamas to organizacja zasługująca na zniszczenie, ponieważ jest nieludzka, fanatyczna, pozbawiona jakiegokolwiek ludzkiego morale i elementarnego poczucia przyzwoitości. Organizacja morderców i pozbawionych skrupułów zbójów. Terroryzująca bardziej własnych współplemieńców niż Izraelczyków. Organizacja integrystyczna i totalitarna, gwałcąca wszystkie prawa boskie i ludzkie w imię władzy; teokracja jest dla niej wyłącznie zasłoną, pretekstem i listkiem figowym.

Pozbawiony morale Cahal, armia izraelska, pozbawiony morale Hamas nigdy nie będą w stanie osiągnąć jedynego warunku do – już nawet nie – pokoju, do trwałego zawieszenia broni. Warunku, sformułowanego przez wulkanicznego Nicolasa Sarkozego.
Dlatego jestem pesymistą. Może rzeczywiście Hamas będzie miał jeszcze wystarczająco dużo wpływów, by narzucić swym członkom 7-dniowe zawieszenie broni. Może Olmert i Barak zdołają wycofać w ciągu owych 7 dni izraelskie oddziały z Gazy. Może brytyjskie okręty odeprą arabskie i pakistańskie kutry z bronią dla Hamasu, Bundeswehra zasypie tunele w pobliżu Rafah, a włoscy bersalierzy uregulują ruch na granicach tak, by terroryści z Hamasu nie przedostawali się na terytorium Izraela.
Na jak długo jednak?

Czy jest miejsce na powrót moralności po obu zwalczających się stronach?
Cóż – zanim jeszcze Żydzi, na 1600 lat przez pierwszymi Arabami, dotarli w tamte okolice, na wzgórzach Jeruszalaim – al-Quds – lądowali bogowie Jebuzytów, a przed nimi bogowie innych jeszcze plemion.
Patrzmy w górę: dopóki znów ktoś tam nie wyląduje – ja w pokój na Bliskim Wschodzie uwierzyć nie będę w stanie.