czwartek, 21 sierpnia 2008

CZEKAJĄC NA REWOLUCJĘ

Witam z wakacji. Nim jeszcze pogrążę się w dolce far niente, nim opadnie mi poziom adrenaliny, chciałbym odnotować odejście p. Fotygi. To nie będzie eleganckie, ale ja osobiście żegnam ją bez żalu. Ja wiem, że to nie wszystko jej wina, że często była kukiełką, wykonującą polecenia przełożonych, ale osoba o tak niewielkiej znajomości kwestii międzynarodowych nie powinna nigdy przyjmować stanowiska ministra spraw zagranicznych sporego państwa europejskiego. To był naprawdę wyjątkowy kocktail niekompetencji, braku szarmu, niezbędnego przy tym zawodzie i katastrofalnych, endeckich poglądów politycznych; żywe przeciwieństwo tego, czym powinien być szef dyplomacji. Polska dyplomacja nie osiągnęła podobnego perigeum od czasu powrotu do demokracji. Myślę, że raz po raz odtrąbiane "sukcesy" pani minister przejdą do przysłów, podobnie jak pyrrusowe zwycięstwa.
Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że - zdaniem wielu zawodowców z MSZ-u - podjęła ona próbę uporządkowania zabagnionego ministerstwa, rządząnego feudalnymi metodami przez ludzi, których celem często bywa wyłącznie kariera i zaszczyty.
Ministerstwo - jako się rzekło - czeka jeszcze na swoją rewolucję.
A robi się ona coraz pilniejsza. Świat się zmienia, a Polska likwiduje placówki dyplomatyczne. Nie odnotowaliśmy eksplozji Chin, niezwykłego wzrostu gospodarki Indii, nie interesujemy się ani Singapurem, ani Malezją, po przygodzie z Daewoo wygląda, że zapomnieliśmy gdzie leży Korea PD, a do Japonii jeszcze żaden nasz odkrywca nie dotarł...
Niewiarygodnie rozwija się Ameryka Łacińska, mnóstwo się dzieje w kilku krajach afrykańskich... A nas jakby to nie dotyczyło. Tymczasem dyplomacja niemiecka i francuska, a amerykańska już od dawna, szaleją po świecie, przekuwając kontakty na dźwięczące pieniądze. A my mielibyśmy tak wiele do zaoferowania krajom rozwijającym się, które nie zawsze jeszcze dojrzały na przyjęcie nowocześniejszych technologii zaawansowanego świata.
MSZ czeka jeszcze na rewolucję. Mamy naprawdę sporo dobrych specjalistów od spraw zagranicznych. Pora to dostrzec i wykorzystać ich dla dobra Polski.

niedziela, 17 sierpnia 2008

KRAJOBRAZ PO GRUZJI

Ma po stokroć racje prezydent Kaczyński, kiedy mówi, że Rosja pokazała prawdziwe oblicze.
Kiedy je zaś odsłoniła, okazało się, że nie jest w niczym odmienne od tego, jakie znaliśmy od czasów bolszewickiej rewolucji.
Kiedy piszę, reporter al-Dzaziry, stojąc na centralnym placu zajętego przez Rosjan Gori opisuje, co dzieje się w otaczających miasto wioskach: rosyjscy żołnierze gwałcą, zabijają i rabują wszystko, co się da. To nie są maruderzy, to regularne, ba doborowe oddziały rosyjskiej armii: żołnierze 76 brygady powietrzno-desantowej z Pskowa, jedynej brygady, składającej się z samych ochotników, wzorowo wyszkolonej i zaprawionej w boju, oraz rosyjscy odpowiednicy amerykańskich marines, którzy zeszli ze statków Floty Czarnomorskiej w porcie w Suchumi. Robią to samo, co ich ojcowie i dziadkowie w wyzwalanej Polsce, co w pokonywanych Niemczech w 1945 roku.
Nie koniec na tym. Pod skrzydłami Rosjan dokonano zaciągu do nieregularnych band: kozacy z Krasnodarskiego Kraju, Czeczenii spod Groznego, naziskinowie, członkowie „Naszych”, młodzieżówki „Jednej Rosji”, zwanych „Putinjugend”.… Obficie uzbrojeni na polecenie Kremla, grasują swobodnie wzdłuż całego pogranicza Gruzji, dopuszczając się okrucieństw, do jakich tylko nieregularne bandy są zdolne.

Od początku wojny oglądam rosyjskie telewizje i czytam rosyjskie gazety. Nie mogę wyjść z pewnego rodzaju ponurego podziwu.
Pamiętają państwo „intronizację” Miedwiediewa? Zapewne uwagę państwa przykuł przepych, jaki ją otaczał. A specjaliści od telewizji z całego świata – trwa to do dziś – poczuli się jak kopciuszki: nikt nigdy w historii nie przeprowadził tak sprawnej, tak imponującej i tak perfekcyjnej technicznie operacji telewizyjnej. Powszechnie się uważało, że techniczny szczyt w tej dziedzinie osiągnięty został przez Włochów z RAI podczas transmisji pogrzebu Jana Pawła II: 270 kamer, 6 wozów reżyserskich i koordynacja, granicząca z perfekcją. Rosjanie to pobili. Użyli większej liczby kamer, lepiej rozlokowanych, plany były doskonale oświetlone, tak, by przechodzeniu z jednego ujęcia na kolejne nie było żadnego skoku w natężeniu i barwie światła. Ale to nic: z pobieżnej już analizy wynika, że tak naprawdę, tych ceremonii było trzy. Przez trzy kolejne dni, wszyscy jej uczestnicy przychodzili w to samo miejsce, tak samo ubrani, zajmowali te same pozycje, co do milimetra. W efekcie, przejście Miedwiediewa przez 35-metrową salę zajęło prawie 2 minuty, transmisja na żywo mieszała się z obrazami zarejestrowanymi wcześniej. Dziesiątki kamer rejestrowały wydarzenie z każdej możliwej pozycji. Była ruchoma kamera „na drucie”, której nie było widać na planach ogólnych: te ujęcia nakręcono poprzedniego dnia. Była kamera „subiektywna”, pokazująca, co widzi idący przez salę Miedwiediew; na ogólnych planach nie było jej widać – kręcono poprzedniego dnia. Były kamery pokazujące Miedwiediewa zza szpaleru: j/w. i Reżyserka, która miesza „live” z elementami zarejestrowanymi, opóźnia „live” za każdym „wtrętem” o kolejne ułamki sekund.
Podobnie zrealizowane słynne przejście Putina z Miedwiediewem przez plac Czerwony w przeddzień ceremonii: dwóch samotnych mężczyzn w delikatnie padającym śniegu, idzie po błyszczącej od wilgoci bazaltowej kostce. Kamera prowadzi ich krok po kroku. Tylko specjaliści potrafią sobie wyobrazić ile wysiłku musiała kosztować produkcja: odegnanie przechodniów, rozpięcie specjalnego przewodu, po którym poruszała się kamera, doskonale zsychchronizowana z marszem bohaterów. Inna - na wysokim wysięgniku, jedna z tyłu, druga z przodu, by zróżnicować plany. Oświetlenie – czysta maestria: w żadnym ujęciu nie było widać obecności sztucznego światła, której nie potrafią się pozbyć nawet najwspanialsze produkcje hollywoodzkie. Wszystko wyglądało tak, jakby przypadkowa kamera uchwyciła moment przechadzki dwóch rozluźnionych przyjaciół…
Tak właśnie działa w tych dniach cała machina propagandowa Federacji Rosyjskiej. Gazety i telewizje osiągają podobne szczyty technicznej sprawności. Wojna prasowa z Gruzją i Zachodem, w tym z Polską – prowadzona jest z punktu widzenia technicznego i merytorycznego - rewelacyjnie. Przy tym, osiągnięcia Sowietów wydają się toporne i nieporadne, głosy Prawdy i Izwiestii z czasów Breżniewa – szczytem pluralizmu.

Saakaszwili dowiódł ponad wszelką wątpliwość, że jest politykiem całkowicie nieodpowiedzialnym. Skoro już jesteśmy przy okrucieństwach rosyjskich, nie zapominajmy, że przez pierwsze dwa dni wojny potwornych okrucieństw dopuszczały się także oddziały gruzińskie. Nie tylko do ostrzału zamieszkanego przez cywilów Cchinwali użyto czołgów i ciężkiej artylerii i – niewykluczone – bomb kasetowych, ale i mordowano bezpardonowo wszystko, co się rusza, w tym kobiety, nastolatki i dzieci. Podobno armia gruzińska miała rozkaz „nie brać jeńców”. Skąd ta pewność? Z telewizji. Bernard Kouchner, nim pojechał z Tbilisi do Moskwy zatrzymał się we Władykawkazie, stolicy Osetii Północnej. Poszedł między uchodźców. Spotkanie to transmitowała na żywo telewizja rosyjska. Opowieści, jakich wysłuchał Kouchner nie można było wyreżyserować. Rosjanie nie wiedzieli, że Kouchner tam się pojawi, nie mieli czasu uchodźców przygotować. Wypowiedzi były spontaniczne. Oczywiście jednostronne, naznaczone osobistym doświadczeniem, szokiem i potwornym stresem. Ale odrzucając nawet połowę relacjonowanych wydarzeń jako fantazję, to, co pozostaje jest równie przerażające, wystarcza, by postawić Saakaszwilego przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości za zbrodnie przeciw ludzkości, bo liczbę ofiar w samym Cchinwali ocenia się dziś na 1600. I 40-tysięczne miasto w 90% zniszczone.
Rosjanie zachęcali osetyjskich gangsterów (reżimu Eduarda Kokojtego nie da się inaczej określić) do prowokacji, przygotowywali do rozprawy z Gruzją prawdopodobnie już od czterech miesięcy – gromadzili na granicach sprzęt i ludzi. Saakaszwili to wiedział i być może uznał, że najlepszą obroną jest atak. Ale czyniąc to, pozbawił Gruzję czystości, ba, spowodował, że nawet ci politycznie najobojętniejsi, ci, którzy zdawali sobie sprawę, że Kokojty używa ich jako żywych tarcz, nigdy nie będą chcieli powrócić pod gruzińskie panowanie po tym, czego gruzińskie wojska dokonały w Cchinwali,. Nawet prezydent Kaczyński, między osławionym wiecem a konferencją prasową w Tbilisi, znalazł czas, by na Saakaszwilego ostro nakrzyczeć, za to, że pierwszy rozpoczął działania wojenne. Ba, na godzinę przed inwazją obaj panowie rozmawiali przez telefon i Saakaszwili nie był łaskaw poinformować swojego najbliższego zachodniego sojusznika o planach ataku!...

Jaki będzie krajobraz po bitwie?
Cóż, kilku liczących się światowych polityków przekona się, że Kaczyński miał rację: oblicze Rosji jest właśnie takie, jakie pokazała w Gruzji. Zrozumieją, że wchodzenie w jakiekolwiek zobowiązania z Rosją Putina (przekonaliśmy się ponad wszelką wątpliwość, że to on nadal rządzi Rosją), jest pozbawione sensu, że Rosji i jej obietnicom nie można ufać.
Ale, nawet ci najbardziej rozczarowani, nie zapomną, że pierwsze strzały oddał Saakaszwili, a to złagodzi potępienie Rosji.
Jednakże nie wszyscy będą do końca przekonani. Postawa Angeli Merkel w Soczi wskazuje, że Niemcy pozostaną najlepszym (choć nieco już gorszym niż przed 7 sierpnia) sojusznikiem Rosji na Zachodzie. Niemcy nie odstąpią od planu budowy Gazociągu Północnego pod Morzem Bałtyckim. Nie przekona się zapewne Berlusconiego, by przestał nazywać Putina swoim „przyjacielem” i przestał gościć jego i jego rodzinę w swojej willi na Sardynii. Nie przekona Zapatero, że liberalna gospodarka jest lepsza od centralnie sterowanej… No i zawsze Rosja będzie mogła liczyć na Evo Moralesa (trzeba było Państwu widzieć, jak rosyjskie media odtrąbiły jego zwycięstwo w boliwijskim referendum) i Ugo Chaveza. Nawiązany został trwały flirt z Raulem Castro: niebawem rosyjskie samoloty strategiczne TU-22 mają zostać rozlokowane na kubańskich lotniskach…
Ceny ropy, choć spadły do poziomu najniższego od pięciu miesięcy, tj. do 110 $ za baryłkę, mogą zacząć szybko rosnąc. A rosnące ceny paliwa mogą skłonić nawet najbardziej złych na Rosję polityków zachodnich do „realizmu”.
Na to z pewnością liczy Putin. Ropa i gaz to jego najsilniejsza broń i – przyznają to nawet najwięksi jego przeciwnicy – bronią ta posługuje się po mistrzowsku.
Każdy polityk europejski zdaje sobie sprawę, że ilekroć każdy z nas gotuje sobie wodę na herbatę, czy tankuje benzynę do swojego samochodu – finansuje wojnę w Gruzji, a w przyszłości także we Wschodniej Ukrainie, a kto wie, czy i nie w Mołdawii.
Ale od tego nie ma odwrotu: na ropę arabską nie możemy już liczyć: nie dadzą nam jej już ani kropli; zbyt nas nienawidzą, tym bardziej, że Chińczycy za ropę dadzą im więcej pieniędzy niż skłonni jesteśmy zapłacić my. Jedyne źródła aprowizacyjne Europy to – wyczerpujące się dość szybko zapasy na Morzu Północnym, Libia i Algieria, które pompują do Hiszpanii i do Włoch ropę i gaz. Nie przypadkiem Gazprom zaproponował odkupienie od Kadafiego wszystkich libijskich złóż i nie otrzymał odpowiedzi odmownej. Kadafi przestał liczyć w latach 90. na Rosję, ale teraz uważnie obserwuje jej powrót do roli supermocarstwa. Zachodu nienawidzi chyba bardziej niż jakikolwiek inny przywódca arabski i kto wie, czy w pewnych okolicznościach nie uzna, że opłaca mu się oddać swoje bogactwa w pacht Rosji. Teraz, choć dostaje miliardy dolarów z Europy, nie potrafi ich wykorzystać do unowocześnienia Libii, upodobnienia jej do Emiratów, Kataru czy Bahreinu. Liczy, że Rosjanie dadzą mu podobny impuls, jakiego Chińczycy dostarczają obecnie np. Angoli.
Europa jest w narożniku. Bez rosyjskiej ropy i gazu skazana jest na załamanie gospodarcze. A załamanie gospodarcze to wzrost niezadowolenia, to milionowe manifestacje rozwydrzonych związkowców na ulicach europejskich miast, to rozruchy, to gwałtowne zmiany rządów, to radykalizacja polityczna społeczeństw, to otwarcie drogi dla wszelkiej maści ekstremistów i demagogów, to chaos.
A chaos w Europie, to cel, do którego Rosja Putina dąży z żelazną konsekwencją. Mogą mu przeciwstawić „porządek” panujący w Rosji.

Konflikt w Gruzji przyspieszył decyzje Waszyngtonu i Warszawy o instalacji na terytorium Polski 10 rakiet przechwytujących z systemu MD, czyli tzw. tarczy antyrakietowej. Wbrew zapewnieniom Waszyngtonu, może on być skierowany przeciwko rakietom rosyjskim. Niedawno opublikowane studium, przeprowadzone przez specjalistów z bostońskiego MIT dowodzi, że wystrzelona spod Słupska rakieta może zestrzelić balistyczną rakietę, wystrzeloną w kierunku Wschodniego Wybrzeża USA ze środkowej Rosji. Informacje o tym zraz z grafikami publikowała u nas „Polska”.
Rosja posiada ok. 16 tysięcy głowic atomowych, w tym 6 tysięcy nadaje się do użytku, a 1800 gotowych jest w każdej chwili do odpalenia.
Dora wiadomość jest taka, że przy ew. ataku na Polskę Rosja nie użyje rakiet balistycznych. Złą wiadomość, że głowice takie mogą przenosić rakiety taktyczne, o zasięgu zaledwie kilkuset kilometrów. Ba, współczesna odmiana „katiuszy”, wielolufowa wyrzutnia rakietowa, np. typu „uragan”, instalowana na pierwszym-lepszym zil-e, może wystrzelić jednocześnie 14 „kieszonkowych” rakiet, wyposażonych w mini głowice atomowe. Np. z terytorium Kaliningradu…
Polsko-amerykańskie porozumienie jest ledwie parafowane. Condoleezza Rice obiecuje, że szybko je podpisze. A to oznacza, że czas gra przeciwko Rosjanom i Rosjanie doskonale o tym wiedzą.
Gdyby chcieli zaatakować Amerykę przez Biegun Północny – mają czas do 2014 roku; przed tą datą MD nie będzie w stanie działać.
Inna sprawa gdyby chcieli zaatakować Polskę. Pierwsza bateria „Patriotów” drugiej generacji zostanie rozlokowana w Polsce już w przyszłym roku. To 96 pocisków, ich skuteczność wynosi mniej więcej 3:1, czyli potrzebne są trzy pociski klasy „Patriot” do zestrzelenia jednej rakiety przeciwnika. Jedna bateria w przypadku rosyjskiego ataku to za mało. Na szczęście porozumienie polsko-amerykańskie w sprawie „Patriotów” pozostawia otwartą liczbę baterii, jakie można przenieść do Polski z bazy w Ramstein.
Co to oznacza? To oznacza, że jeśli Rosjanie zechcą naprawdę „ukarać” Polskę za wszystkie jej prawdziwe czy urojone przewinienia wobec imperium rosyjskiego, muszą uczynić to przed rozmieszczeniem „Patriotów”, czyli w ciągu najbliższego roku.
Polsko-amerykańska deklaracja polityczna, wchodząca w skład porozumienia, dopiętego przez rząd Tuska, jest doprawdy wyjątkowa. Czyni z nas uprzywilejowanego sojusznika Stanów Zjednoczonych. Żaden bodaj inny kraj na świecie nie cieszy się podobnymi gwarancjami, jakie udało się wynegocjować ministrowi Sikorskiemu (okazał się niezwykle sprawnym politykiem; zagrał va banque i wygrał). Dlatego – proszę wybaczyć słowny terroryzm - jeśli Rosjanie zaatakują nas przed rozmieszczeniem „Patriotów”, będziemy umierać ze świadomością, że zostaniemy przez Amerykanów pomszczeni...

Czy Rosję można pokonać militarnie? Oczywiście, że tak. Rzecz jasna nie Polska, ale cały Zachód, jeśli będzie zjednoczony (najpierw w ocenie prawdziwego charakteru putinowskiej Rosji, a potem w diagnozie, że śmiertelną chorobę można zdusić tylko w zarodku). Dzisiejsza Rosja to dydkum na słomianych nogach. Wyposażenie rosyjskiej armii nadaje się z małymi wyjątkami albo na złom, albo do muzeum techniki. Zdumiało mnie, że Rosjanie rzucili do Rosji wspomnianą 76 brygadę powietrzno-desantową aż z Pskowa, choć mają o dwa kroki od teatru działań analogiczną bazę w Noworossyjsku. Specjaliści wytłumaczyli mi, że w przeciwieństwie do trzech pozostałych, baza w Pskowie ma na czym latać, a jej pojazdy są sprawnie technicznie. Nie lepiej jest z flotą: do desantu rosyjskich „marines” w Abchazji użyto małych okrętów familiarnie zwanych „ropucha”, wyprodukowanych za Gomułki lub Gierka w Stoczni Północnej…
Rosyjskie T-72 ustępują czołgom niemieckim, amerykańskim i izraelskim, choć nadal stanowią potężną siłę. Stosunkowo najlepiej ma się lotnictwo szturmowe, oparte na SU-34, choć nie mają większych szans w starciu z F-16. Rzecz w tym, że 48 naszych F-16 to zawracanie głowy, a nie bariera przed rosyjskimi nalotami: potrzebujemy ich 10-krotnie więcej, by stać się wiarygodną siłą odstraszającą…
Ale to wszystko, to jest stan przejściowy. Putin zobowiązał dowódców wszystkich rodzajów broni do przeprowadzenia całkowitej modernizacji arsenałów i wprowadzenia nowej generacji broni do roku 2015. No i oczywiście Zachód z nim współpracuje, na zasadzie, którą Lenin określił „kupić od kapitalistów sznurek, na którym potem ich powiesimy”. Np. w pracach nad liniowcem średniego zasięgu SU-100 Rosjanie wykorzystali najnowsze generacje silników odrzutowych, skwapliwie dostarczanych im na umowach licencyjnych przez najlepszych zachodnich producentów. Zdziwią się, gdy pewnego dnia, dzięki nim, Rosjanie nadlecą nad ich domy?...

Czy musiało do tego dojść? Przecież Rosja Jelcyna wydawała się być na drodze ku integracji ze światem Zachodu?... Przecież w pierwszych latach po nominacji i Putin wydawał się być dobrym partnerem Waszyngtonu, Paryża czy Londynu. Pamiętamy, że w 2001 roku zezwolił na przelot nad terytorium Rosji amerykańskich bombowców, lecących na Afganistan… Dlaczego Putin się zmienił?
Czy jest opętany ideą przywrócenia Rosji roli supermocarstwa i nie widzi na to innych szans, niż konfrontacja zbrojna? Czy wydarzyło się coś, co zniechęciło go raz na zawsze do Zachodu? Upokorzyło, kazało zacząć szukać własnej drogi, bez, a nawet przeciw Zachodowi?... Czy czarę goryczy przelało przyłapanie go na zabójstwie Litwinienki? Czy amerykańskie kombinacje wokół złóż Morza Kaspijskiego, które w Moskwie uważają za swoje?
Zapewne w grę wchodzą obie przyczyny. Gdybym miał stawiać na jakieś przełomowe wydarzenia, stawiałbym na dwa: Pomarańczową Rewolucję na Ukrainie i Kosowo. To było dla Rosji boleśniejsze niż jakikolwiek inny policzek od Zachodu. Niepodległość Ukrainy zawsze traktowano na Kremlu jako anomalię, przejściowy kaprys, którzy zachodnim Ukraińcom przejdzie, kiedy wydorośleją i znów staną twarzą w twarz z Wielkim Głodem. Ruś Kijowska to wszak kolebka rosyjskiej państwowości. Przełom Juszczenki traktowany jest jako klęska narodowa, porównywalna z zajęciem Moskwy przez wojska polskie w 1612 roku.
Kosowo zaś to kolebka cywilizacji prawosławnej na Bałkanach, zwłaszcza jego część, zwana Metochią, krainą klasztorów. Oddanie jej w pacht muzułmanom, było w oczach Kremla zbrodnią na bratnim narodzie serbskim, co więcej, krótkowzroczną głupotą, która wcześniej czy później (zapewne wcześniej niż się wszyscy spodziewają) przerodzi się w gigantyczny problem dla Europy…
Mniej więcej dwa dni przeżyła nadzieja, że w Rosji ścierają się dwie koncepcje: pierwsza, konfrontacyjna, reprezentowana przez Putina, druga, bardziej ugodowa, nowocześniejsza, reprezentowana przez Miedwiediewa. Było kilka przesłanek, które mogły na to wskazywać. Być może obaj panowie odgrywali dobrego i złego policjanta, być może nawet Miedwiediew chciał popróbować samodzielności. Jakkolwiek było, skończyło się wraz z przyjęciem na Kremlu Siergieja Bagapsza i Eduarda Kokojtego, „prezydentów” Abchazji i Osetii Południowej. Miedwiediewa, skandując z wściekłością każde słowo, powiedział, że Rosja poprze „każdą decyzję” jaką podejmą Narody Abchazji i Osetii Pd. A to oznacza, że planuje przeprowadzić referenda, w których zwolennicy oderwania od Gruzji i „niepodległości” w ramach Federacji Rosyjskiej osiągną miażdżącą przewagę. Nie tylko poprze „te decyzje”, ale będzie ich gwarantem. I zakończył mrożącym krew w żyłach: „nie tylko na Kaukazie, alei na całym świecie”…

Miał rację prezydent Kaczyński, mówiąc, że w Gruzji Rosja pokazała swoje prawdziwe oblicze. Ale na tym kończą się jego rację. Reszta jest przejawem dramatycznej krótkowzroczności politycznej i skrajnego prymitywizmu dialektycznego.
Zdania takie, jak „jesteśmy tu by podjąć walkę” (w domyśle: z Rosją) są nieodpowiedzialne i niebezpieczne. Po pierwsze zachęcają Gruzinów do oporu, który równałby się samobójstwu tego małego, arcysympatycznego narodu, któremu jak dotąd, udało się przenieść w warunkach skrajnej presji tożsamość narodową przez carat i bolszewizm, a teraz ryzykuje zanikiem. Po drugie naraża Polskę na walkę z Rosją, a póki co, w walce z Rosją nie mamy szans. Pan prezydent dowiódł, że jest krzykaczem również przed grobem nieznanego żołnierza, w którym przyznał monopol na patriotyzm własnej formacji politycznej i wezwał polityków innych formacji, by się wycofali z życia politycznego Polski, ponieważ – jak stwierdził – nie będą w stanie obronić jej (w domyśle przed Rosją). Choć to dla Polaków przykre, bo dotyczy ich prezydenta, to jednak dobrze się stało, że na świecie nikt nie traktuje Lecha Kaczyńskiego poważnie. Za wyjątkiem Micheila Saakaszwilego. Do niedawna był uważany za interlokutora przez władze Ukrainy oraz państw bałtyckich, ale po groteskowej wyprawie do Tbilisi, zapewne i ci potencjalni sprzymierzeńcy mu ubyli…
Jacek Pałasiński