Jestem emerytowanym nauczycielem języka angielskiego. Wiedziałem, że będą kłopoty. Chciałem cię nauczyć poprawnie wymawiać słowo „through”, ale ty wolałeś „sru”. Zginąłem, przywalony ciężarem, jaki na mnie spuściłeś. Ze mną zginęło słowo „through”. Zostało, triumfujące „sru”.
wtorek, 20 października 2009
PODZWONNE
Jestem emerytowanym nauczycielem języka angielskiego. Wiedziałem, że będą kłopoty. Chciałem cię nauczyć poprawnie wymawiać słowo „through”, ale ty wolałeś „sru”. Zginąłem, przywalony ciężarem, jaki na mnie spuściłeś. Ze mną zginęło słowo „through”. Zostało, triumfujące „sru”.
niedziela, 18 października 2009
DZICY
Czy istnieją jeszcze dzisiaj „dzicy”? Tacy jak z książki Malinowskiego? Choć to politycznie niepoprawne sądzę, że tak. Wielu z nich zagnieździło się w rozwiniętych społeczeństwach Zachodu. Po czym ich poznać? Och, to nie trudne: po stosunku do mniejszości na przykład. Po stosunku do seksu: każdy i każda miała po pijaku dmuchanko na boku, żeby to jedno, ale nie ma istot bardziej świętoszkowatych w potępianiu podobnych „przygód” bliźniego… Po zamiłowaniu do publicznych egzekucji. Po obłudzie. Po lekturach: dla nich dzicy redaktorzy tworzą Fakt czy Superekspres. Po higienie osobistej. Po traktowaniu własności publicznej. Po traktowaniu bliźniego. Po tym, na kogo głosują…
sobota, 17 października 2009
ODŚNIEŻANIE

Śnieg przykrył sporo ważnych rzeczy, jakie wydarzyły się w ub. tygodniu. W Moskwie ze swoją pierwszą wizytą przebywała p. Hillary Clinton. Szczerze mówiąc nie potrafię ocenić tej wizyty, ani tego sekretarza stanu. Po wyjeździe, media rosyjskie były w euforii: „Wielkie zbliżenie” – grzmiały tytuły, a korytarzach kremla panowała radość, że Ameryka przystała na wszystkie zachcianki Putina, nie żądając niczego w zamian. Nowy „START” został już de facto uzgodniony, ale Moskwa będzie trzymać go jako bron przetargową aż do podpisu, który nastąpi prawdopodobnie 5 grudnia, w dzień wygaśnięcia „STARTU I”. W kwestii sankcji wobec Iranu Pani Hillary z godnością przyjęła prztyczka w nos od Ławrowa, który jasno powiedział „nie”; w kwestii Tarczy gładko zgodziła się na wszystko: inspekcje, wykorzystanie postsowieckich radarów itp.
Czy „Ameryka nigdy o was nie zapomni” – wypowiedziane do grupy dysydentów, zrekompensuje tę kapitulację? Czy kilka zdań w „Echu Moskwy” na temat obaw o prawa człowieka w Rosji podtrzyma nadzieję, że USA nadal będą wyznaczać standardy demokratyczne?
Inne ważne wydarzenie to wizyta Putina w Chinach. Wartość wycyganionych przezeń pożyczek pod zastaw gazu (w ślad za tymi, jakie wycyganił już w lutym, podczas wizyty Hu Jintao w Moskwie), nie ma oczywiście większego znaczenia, bo Rosja jest beczką bez dna, ale fakt, że Chiny i Rosja nie zdecydowały się na porzucenie dolara we wzajemnych rozliczeniach jest nie do przecenienia. Zanosiło się na to bardzo silnie, a ponieważ do antydolarowego „spisku” dołączyła Francja, cała Ameryka Łacińska, a ostatnio planujące wprowadzenie wspólnej monety państwa Zatoki Perskiej, mogło to oznaczać tak wielkie perturbacje na rynkach międzynarodowych, że mogło się to odbić na każdym z nas w sposób bardzo niemiły (począwszy od możliwej katastrofy w dostawach nośników energii!). Wydaje się jednak, że Chińczycy okazali się znacznie mniej antyamerykańscy i znacznie bardziej pragmatyczni niż inni „spiskowcy” i jak na razie dolar, WTO, Doha Round itp., pozostają niezagrożone.
No i w sobotę, rozpoczęła się ofensywa armii pakistańskiej na Południowy Waziristan. Kto sądzi, że to lokalne wydarzenie z zapomnianych krańców świata, nie zrozumiał, co się od kilkunastu lat dzieje na świecie. Ja osobiście odliczam erę starcia cywilizacji id 1995 roku, od serii zamachów, dokonanych przez ekstremistów islamskich w Paryżu i innych miastach Francji. Oczywiście, początek należy lokować w r. 1979, kiedy z wygnania wrócił do Iranu wielki teoretyk wojny z szatańskim Zachodem, ajatollah Chomeini, ale pierwsze, na wielką skalę wcielenie w życie jego idei definitywnej rozprawy islamu z resztą świata miało miejsce 16 lat później (i nie należy wliczać w to zamachów organizowanych przez Arafata i jego współpracowników; to inna para kaloszy). Matecznikiem terroru islamskiego jest właśnie Południowy Waziristan, skrajna część Południowo-Zachodniej Prowincji Granicznej, a więc terenów pakistańskich, położonych wzdłuż granicy z Afganistanem, pozostająca poza wszelką kontrolą Islamabadu.
Ofensywa w Dolinie rzeki Swat powiodła się (choć z aktami odwetu będziemy mieć do czynienia jeszcze czas jakiś), teraz Asif Ali Zardari wziął się za to, czego żaden inny prezydent przed nim nie chciał zrobić: skierować czołgi, samoloty, rakiety przeciwko najbardziej pobożnym spośród pobożnego społeczeństwa muzułmańskiego Pakistanu. To decyzja, którą można porównać z rzuceniem przez Ariela Sharona Cahalu przeciw kolonistom w Gazie, ale w Gazie nie zginął żaden Izraelczyk, to trup słać się będzie gęsto. W Waziristanie prawdopodobnie ukrywają się Osama bin Laden, Ajman al-Zawahiri, Hakimullah Mmehsud i inni, najbardziej poszukiwani terroryści islamscy. Przeciwko nim ruszyła ofensywa, w kraju, w którego parlamencie zasiadają niemal wyłącznie partie o orientacji religijnej. Ewentualny sukces tej ofensywy będzie miał ogromny koszt polityczny dla wszystkich partii Pakistanu i dla samego Zardariego, któremu nie wróżyłbym długiego żywota. Ale sukces ten może być punktem zwrotnym w stosunkach między Zachodem a światem islamu, ba, punktem zwrotnym w stosunkach islamu ze współczesnym światem, którego nie chce zaakceptować.
czwartek, 15 października 2009
POLAK ZAWINIŁ HOLENDRA POWIESILI
środa, 7 października 2009
WSZYSTKIE BŁĘDY TUSKA
Donald Tusk przy ostatnim zamieszaniu popełnił sporo błędów, które mogą drogo kosztować i jego i resztę Polaków. Przez nie PiS może wrócić do władzy.
Błąd pierwszy: nie docenił Kamińskiego.
Błąd drugi: czas. Decyzje personalne, które podjął w środę powinien był podjąć w ubiegły czwartek:
Błąd trzeci: nie uwzględnił niszczycielskiej potęgi mediów.
Błąd czwarty: nieszczelność. Z korytarzy kancelarii premiera przedostają się do prasy informacje, ale nic nie zrobił, by temu zapobiec.
Błąd piąty: autarchia. Zamknął się „we własnym gronie”, nie słuchał analityków niezależnych.
Błąd szósty: socjalizm. Tusk wychował się w PRL-u i jak większość Polaków ma nieufny stosunek do przedsiębiorców. Osoby wymienione w raporcie Kamińskiego prowadzą legalną działalność gospodarcza. W wyniku afery Tusk usankcjonował iście bolszewickie przekonanie, że przedsiębiorca = przestępca.
Błąd siódmy: arytmetyka. Opinia publiczna za pewnik przyjęła, że likwidacja „dopłat”, musiałaby oznaczać stratę dla skarbu państwa. Istnieje pewien próg, powyżej którego zyski z hazardu okazują się zbyt mizerne i przedsiębiorcy zajmują się czymś innym. Hazard wróci do szarej lub czarnej strefy. Państwo na tym straci. Można przez podniesienie podatków zarżnąć kurę znoszącą złote jaja. To taka polska specjalność.
poniedziałek, 28 września 2009
KOCHAJMY WYBRYKI
Tak wiele słów już powiedziano o aresztowaniu Romana Polańskiego, mądrych i głupich, a także podłych.Tłuszcza zaryczała z rozkoszy: oto króla prowadzą na szafot!
Fui!
Gdyby sędzia Laurence J. Rittenband, niech się smaży w piekle, spełnił swoje knowania i wsadził Polańskiego na 30 lat do więzienia, po to tylko, by zrobić – jak wielu innych prokuratorów na całym świecie – karierę na skórze znanej postaci, więzień Polański nie nakręciłby:
Tess (1979)
Piratów (Pirates, 1986)
Frantica (1988)
Gorzkich godów (Bitter Moon, 1992)
Śmierci i dziewczyny (Death and the Maiden, 1994)
Dziewiątych wrót (The Ninth Gate, 1999)
Pianisty (The Pianist, 2002)
Olivera Twista (2005)
Każdy ma swoje kino (Chacun son cinéma, segment Cinéma érotique, 2007)
Nie napisałby scenariuszy do swoich filmów, nie zagrałby w:
W Chassé-croisé (1982)
Lucky’ego w Czekając na Godota, En attendant Godot (1989)
Kuryłowa w Powrocie do ZSRR, Back in the U.S.S.R. (1992)
Sadystycznego Inspektora w Czystej formalności Una Pura formalità, (1994)
W Śmiertelnym zmęczeniu, Grosse Fatigue, (1994)
W Hołdzie Alfredowi Lepetitowi (2000)
Papkina w Zemście (2002)
Detektywa Jacques’a w Godzinach szczytu 3 (2007)
Magnata filmowego w Cichym chaosie (2008)
Nie spotkałby się z tysiącami innych twórców, których zainspirował, studentów, dziennikarzy, widzów.
Matka durniów jest ciągle w ciąży.
Geniusze są wybrykami kochającej ludzkość natury.
PS. Niestety, trzeba było chwilowo zrezygnować z planowanego programu „Świat wg. Jacka".
piątek, 18 września 2009
BUCIORY I MUR
No tak...Po licho nam wrogowie zewnętrzni; sami się pożremy. Nawet na tym forum, choć wcale nie musimy, wcale nie jest to obowiązkowe...
Pani Kaju Miła,
Nie potrafię jeszcze rozszyfrować polityki Baracka Obamy, wyrobić sobie na jej temat jednoznacznej opinii... Czytam różne komentarze amerykańskie... Niektóre nawet nie są irytująco amerykanocentryczcne, wiele z nich pała niekłamaną sympatią do Polski.
I gdyby nie tragiczny wypadek w kopalni - bardzo współczuję rodzinom ofiar, to naprawdę powinno nas przekonać do innych źródeł energii, jeśli trzeba wysyłać istoty ludzkie na niepotrzebną śmierć 1000 metrów i więcej pod ziemię - to byłbym część tych opinii w TVN24 przedstawił.
Jak razie nie mam Obamie wiele do zarzucenia.
Już kiedyś pisałem: stroszenie min przez naszego prezydenta, w duecie z Saakaszwilim, jakoś nie nastraszyło Putina, nie spowodowało zmiany jego poglądów, strategii i taktyki.
Chcemy świata bez wojen? Bez śmierci, cierpień, zniszczeń? To trzeba jednak jakąś próbę dogadania się z Rosją podjąć.
Przypominam sobie okres następujący po wizycie Willego Brandta w Warszawie - mur w mur od 1945, a potem jednak jakieś korzyści dla nas wszystkich. Harald Schmidt, Giscard, Kohl, Mitterrand, wyrywali jednak od Gierka, uzyskiwali jakieś ustępstwa, powodowali, że dysydenci wychodzili jednak z więzień. Dialog ze wstrętnym reżimem przynosił korzyści...
Skoro więc pisowsko-globalna teoria muru w mur nie dało rezultatów, trzeba spróbować innej. I Obama próbuje.
Czy wierzę w zmianę Rosji pod wpływem działań Obamy?
Nie.
Ale cieszę się, że próbuje.
Z dwoma zastrzeżeniami:
Jeden z amerykańskich komentatorów napisał: „Obama obiecywał przemienić dawnych wrogów w przyjaciół, a tymczasem pracuje nad tym, by dawnych przyjaciół przemienić we wrogów”. Na buciory w polityce zagranicznej nie ma miejsca, przekonał nas - mam nadzieję - okres rządów duetu Lech Kaczyński - Anna Fotyga. Mam nadzieję, że i Obama nie będzie się poruszał po Europie Wschodniej w podobnych buciorach.
Drugie zastrzeżenie, tym razem komentatorki z Times'a. Co będzie, jeśli Obama odniesie sukces? Niewiele, może ocieplenie z Rosją, współpracę w kilku kwestiach, które Rosja obecnie wetuje w ONZ-ie. Co będzie, jeśli Obama poniesie porażkę? Gorzej, Rosja przekona się, że jest on miękki i że awanturnictwo i twardość popłacają.
sobota, 12 września 2009
ZBRODNIA I PIĘKNO
Wytężam pamięć, ale nie przypominam sobie żadnej wielkiej, pięknej cywilnej budowli w historii świata, która nie byłaby owocem łupieży, oszustwa, a czasem zbrodni, przemocy i cierpień. Zamki, pałace – są jednocześnie dumą ludzkości i celem pielgrzymek spragnionych piękna istot.Piękno okupuje więc zbrodnie?
Relatywizuje je ?
wtorek, 8 września 2009
BOLESNA
Kiedy cztery lata temu, po ćwierćwieczu, wracałem do mojej pierwszej ojczyzny, niewiele o niej wiedziałem. Wydawało mi się, że ją znam na wylot, ale to były moje wyobrażenia o ojczyźnie, które znałem, nie ją.Zacząłem się jej uczyć, choć nie chciałem się przyznać, do mojej grubiańskiej pomyłki: konfuzji wyobrażeń i rzeczywistości.
Dzisiaj nadal noszę w sercu moje wyobrażenia o Polsce, gdzieś obok wierszy Słowackiego i Norwida, gdzieś obok muzyki Chopina i Karłowicza.
Ale dzisiaj – sądzę – nauczyłem się, trochę, prawdziwej Polski. To bolesna wiedza. Każde nowe odkrycie, jest jak ostrze, zacinające brzegi serca.
Chyba lepiej było żyć z wyobrażeniami, niż z wiedzą.
Chyba wybuduję wieżę. Możliwie wysoką, by rzeczywistość docierała na szczyt wytłumiona. Oddam się rozkoszy obcowania z nierzeczywistością, licząc na kolejne orgazmy. Zobaczymy, czy wyimaginowana dziewica okaże się sprawniejszą kochanką od dziwki.
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Nie potrafię określić, jakimi pobudkami kierował się Putin, ale jego "list do Polaków" to gest dobrej woli, który należy docenić.Ja doceniam i mam dla Putina odrobinę więcej szacunku. "List do Polaków" przeczytali także Rosjanie, rosyjska prasa szeroko go komentowała, a więc będzie podlegać ocenie Rosjan, a to oznacza, że poziom sympatii dla Putina w rosyjskim społeczeństwie spadnie.
Nie został Polakiem, nie powtórzył naszego podręcznika do historii - trzeba to zrozumieć.
Ze słów Putina może wyniknąć coś pozytywnego dla stosunków polsko-rosyjskich.
Jeśli nie wyniknie, będzie to wina Polaków, bo nadzwyczaj sprytnie, Władimir Władimirowicz przerzucił piłeczkę na nasze pole.
Będziemy umieli ją rozegrać?
czwartek, 27 sierpnia 2009
TERAZ ROSJA
Za niewiele godzin premier Federacji Rosyjskiej Władimir Putin będzie w Polsce. Na Westerplatte weźmie udział w uroczystych obchodach 70 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej.Dla Putina będzie to podróż niełatwa. Pal licho Putina. Dla Polaków będzie to też niełatwa wizyta. Kilka uwag:
* Putin traci cierpliwość, najcenniejszą cechę polityka. Ostatnia eskalacja agresji w polityce międzynarodowej Federacji Rosyjskiej dowodzi, że uznał, że ma mało czasu. Za oznakę postępującego szaleństwa można uznać jego wizytę w Czeczenii, by złożyć wieniec na grobie mordercy Achmeda Kadrowa (miał wielu Rosjan na sumieniu, nim przeszedł na ich stronę) u boku mordercy Razmana Kadrowa, syna Ahmada. Przyjął na Kremlu gangstera, herszta bandy przemytników i agenta KGB Edwarda Kokojtego, „prezydenta” Osetii Południowej i wygłosił godne szaleńca przemówienie, atakujące Stany Zjednoczone. Zabronił wysłać do Kijowa okolicznościowego telegramu gratulacyjnego z okazji rocznicy niepodległości Ukrainy. Putin traci nie tylko cierpliwość, traci poczucie rzeczywistości.
*Polscy politycy podejrzewają, lecz nie mają jeszcze pewności, że Rosja Putina staje się znów biegunem zła. Ponad wszelką wątpliwość Putin wybrał drogę kontynuacji: jego Federacja Rosyjska jest w całej rozciągłości kontynuatorką Związku Radzieckiego. ZSRR staje się dla Rosji Putina wzorem i ideałem. Reszta świata tego jeszcze nie wie. Jeszcze podejrzewa, że Rosja może stać się „normalnym”, przewidywalnym członkiem wspólnoty międzynarodowej, odpowiedzialnym graczem globalnym.
*Putin ma wszystkie dane, by przypuszczać, że w Polsce ktoś głośno podkreśli, że skoro Rosja jest spadkobiercą ZSRR, to on jest spadkobiercą Stalina, a Ławrow spadkobiercą Mołotowa, sygnatariusza osławionego paktu z Ribbentropem.
*Dlaczego mimo podobnego zagrożenia Putin przyjeżdża do Polski? To oczywiste: będzie 20 premierów, a to przykuje uwagę światowych mediów. Jego nieobecność byłaby bardzo elokwentna. Dla negacjonistów nie ma miejsca w zachodniej cywilizacji.
*Putin nic istotnego w Polsce nie powie, zwłaszcza nie trzeba się obawiać, że wygłosi przemówienie negujące sojusz ZSRR z Hitlerem. Nie powtórzy tez, których robi się pełno w kontrolowanych przez Putina mediach rosyjskich. Gdyby na Westerplatte wyłamał się z chóru - byłoby to z pewnością odnotowane i zachodnie rządy, które dzisiaj mają jeszcze wątpliwości, co do jego przejścia „na ciemną stronę mocy”; miałyby w ręku decydujący dowód.
*To samo niebezpieczeństwo dotyczy jednak Polski: gdyby najgłupiej w świecie wykonała choćby najmniejszy, nieprzyjazny gest wobec Putina, pospieszyła się np. napiętnować Rosję, jako spadkobiercę ZSRR, wspólnego z Hitlerem agresora z r. 1939, ściągnęłaby na siebie potępienie świata.
*Nie zmienia to faktu, że w polskim interesie leży, by świat możliwie szybko stracił złudzenia co do Rosji. Jednakże nigdzie nie jest napisane, że to właśnie Polacy muszą brać na siebie ciężar sporu świata z Rosją. Wystarczy, że w momencie próby staniemy po właściwej stronie.
*Mija 70 rocznica wybuchu II Wojny Światowej. W interesie Polski leży, by stosunki między państwami w tym regionie świata były jak najlepsze. Między Polską a Niemcami, między Polską a Rosją i między Niemcami i Rosją. To daje nadzieje, że tragedia się nie powtórzy. Choćby zatem z zatkanym nosem, musimy robić co się da, by mimo szaleństwa Putina, starać się utrzymać stosunki polsko-rosyjskie na możliwie najlepszym poziomie.
niedziela, 23 sierpnia 2009
GDZIE BYŁEM
Zamiast mapy słowa zatem: Byłem w Świeradowie i okolicach. Cudne tereny i wstyd, że Ziemie Odzyskane tak zaniedbane.
Potem byłem w Dreźnie: cuda zrobili po odbudowie Frauenkirche i okolic. Drezno znów stało się jednym z piękniejszych miast europejskich, ani śladu DDR-u. Znałem to miasto bardzo dobrze w latach 70. Kiedy przyjechałem tam pierwszym razem nie podobał mi się panujący tam smród. Kiedyś odważyłem się zapytać niemieckich przyjaciół, co tak cuchnie. "Fosfor - odpowiedzieli z prostotą. - Pod wieloma gruzami są zresztą jeszcze niewydobyte ciała"... Wojna poszła w niepamięć, DDR też. W zeszłym roku, może Państwo pamiętają, byłem w Lipsku i - wstrząśnięty - napisałem felieton pt. "Piętno". Piętno DDR-u. Brandenburgia, Pomerania jeszcze je noszą. Saksonia nie. Jeździliśmy potem po niemieckich Sudetach, wzdłuż granicy z Czechami. Jakże tam pięknie! Niemcy w ogóle nie słyną jako kraj wakacyjny, cóż za błąd! To naprawdę cudne miejsce na ziemi.
Jeżdżąc po tych małych miastusiach saksońskich czułem wzbierającą zazdrość: dlaczego oni potrafią robić wszystko tak porządnie, tak pożytecznie: dla siebie samych, dla swoich miast, dla narodu? Każdy dom, każdy metr szosy, asfaltu…
Potem kolejne odkrycie: Bamberg. Kulturalne Dziedzictwo Ludzkości UNESCO, przykład (wiele jest takich w Niemczech, poczynając od Norymbergii) jak wspaniale miasto może współżyć z rzeką… Właściwie miasto rządzone przez stulecia teokratycznie, przez cieszących się szczególnymi przywilejami biskupów, ale jakże bogate w kulturę i sztukę! I jakże urokliwe. Potem Wuertzburg, kolejne UNESCO, plątanina po Frankonii i wreszcie Strasburg, miejsce, w którym mówi się bez szczególnej różnicy po francusku i po niemiecku, miejsce o szczególnym uroku, zwłaszcza fascynująca dzielnica la Petite France (mogli ją Państwo obejrzeć w niedzielę w TVN24, pokazywałem kawałek nakręconego tam filmiku. Byłem tam wielokrotnie, ale zawsze mnie ciągnie…
Jeśli się jest w Strasburgu, to grzechem byłoby nie wpaść do kolejnego cudu świata, miasteczka Colmar, kwintesencja Alzacji, z przecinającym je strumieniem, kwiatami, placykami, fontannami – niezapomniane! W okolicy niemal wszystkie drogi są oznakowane „route du vin” i jeśli ktoś ceni sobie produkty nadreńskie – cóż musi tylko uważać na Police Nationale z balonikami.
Potem obiadek na wybrzeży Jeziora Lemańskiego, w Rorschach dokładnie, miejscowości do której od lat chciałem wrócić, tak sugestywnie zapisała mi się podczas krótkiego pobytu…
Potem już Dolomity. Właściwie wszystkie miasteczka godne są pobytu, nawet najmniejsze wioski, niemal wszystkie domy to pensjonaty, niemal wszystkie pensjonaty mają standard ponadprzeciętny i ceny należące – w stosunku do standardu – do najtańszych w Europie. Polecam zwłaszcza Scena – Schenna, samo Merano-Meran oraz Triolo – Dorf Tirol. Kiedyś też znalazłem rewelacyjny pensjonat w Avelengo, nie pamiętam niemieckiej nazwy, wysoko nad Meranem. Merano to wspaniała baza wypadowa do niezapomnianych wycieczek – na alpejskie przełęcze, na hale, pod wodospady… Dowolnym środkiem komunikacji, od wspominanego przez młodego Pana Antka roweru, poprzez samochód do motocykla. Wydaje się, że każdy szanujący się motocyklista europejski uznaje za punkt honoru wspiąć się na jak największą liczbę przełęczy, bo jeździ ich tam mnóstwo, a ja zza szybki samochodu im zazdroszczę, zwłaszcza, kiedy, już na przełęczy, odkrywam pod kaskami, że większość z motocyklowych centaurów to ludzie w moim wieku lub starsi!
No a potem już „cześć prywatna” wakacji – wizyta u syna w Toskanii i załatwianie biurokratyczności w domu w Rzymie.
Powrót znów przez Niemcy i znów trochę wstydu, dlaczego oni potrafią zrobić wszystko tak rozsądnie i porządnie…
Przejechałem nowododany kawałek A-4 od granicy w Zgorzelcu. Granicy już nie ma, ale nasze nieprzyjazne światu i ludziom państwo ustawiło znak ograniczenia prędkości do 30 km/h na odcinku ponadkilometrowym i od razu dwa radary, gdyby komuś przyszło do głowy pojechać 40 km/h, co stanowiłoby zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa, oczywiście. Potem jakiś pan Zdzisio postawił ograniczenie do 80 km/h i nie postawił znaku odwołania. Na autostradzie! Tak na wszelki wypadek, żeby można było ustawić kolejny radar i dać się we znaki porządnym ludziom. W kraju, w którym wykrywalność sprawców zabójstw, rozbojów i kradzieży należy do najniższych w Europie! Jeszcze chwilę temu, w Niemczech, na identycznej autostradzie można było jechać 200 km/h i nikomu to nie przeszkadzało, u nas trzeba 80…
Potem kilkadziesiąt kilometrów prawdziwego kuriozum: zrekonstruowanej w 100% za ogromne pieniądze autostrady „hitlerowskiej”. Starsi automobiliści pamiętają te straszliwe betonowe płyty, które rozdzierały opony i rozwalały zawieszenie. Otóż ktoś te płyty zerwał, wykopał rów o głębokości 5 metrów, wysypał żwir, kamienie, beton, asfalt i zrobił wysokiej jakości warstwę nawierzchni. I, wydając te ogromne pieniądze, nie wybudował pasa awaryjnego! W rezultacie, mamy najkosztowniejszą na świecie nie-autostradę, z ograniczeniem do 110 km/h, dziesiątkami radarów i pułapek policyjnych, gdzie wystarczy mała awaria czy stłuczka, żeby zablokować ruch na wiele godzin, ze wszystkimi wynikającymi stąd niedogodnościami dla obywatela.
Czy słyszeli Państwo, żeby ktoś za to poszedł siedzieć?! Jak można nasze, ciężko zarobione pieniądze tak marnować!?
W ogóle A-4 dusi się. Kto w dzisiejszych czasach buduje autostrady dwupasmowe jest kretynem i marnotrawcą publicznych pieniędzy. Nikt już tego nie robi! Trzeba brać przykład z Niemców, nie pozwolić na budowę dróg, które za kilka lat, ogromnym kosztem, trzeba będzie poszerzać, burzyć stare i budować nowe wiadukty, rozjazdy itp.
Dlatego, jak pisałem, podróże to rzecz niebezpieczna. Skłaniają do porównań. Polska to piękny kraj. Zasługuje na rozsądnych administratorów.
środa, 12 sierpnia 2009
wtorek, 11 sierpnia 2009
BLOGGER ODMAWIA WSPÓŁPRACY 2
Podróże kształcą? Możliwe. Z pewnością dają okazję do porównań. Powiedzmy szczerze: z owych porównań Polska nie zawsze wychodzi zwycięsko.Przygnębia zwłaszcza podróż po Saksonii: nie ma już prawie śladu po DDR i liszajach komunizmu.
Wiem, Wessis wpakowali tam prawdziwą kaskadę miliardów. Ale to nie jest tylko kwestia pieniędzy. W ub. Roku pisałem o piętnie komunizmu na Lipsku, a dwa lata temu pojeździłem po półwymarłych miasteczkach północnej części DDR. Tam też pieniędzy nie brakowało, brakowało woli i dobrze przygotowanych kadr.
Otóż to: rządy rządami, ministerstwa ministerstwami, ale kiedy brak dobrych burmistrzów i sołtysów, postęp kuleje.
Jeszcze nie tak dawno wybieraliśmy sobie cudzoziemskich królów i nikogo to nie gorszyło. Cudzoziemscy architekci budowali nam najpiękniejsze pałace, cudzoziemscy malarze uwieczniali królów, magnatów i szlachtę. Cudzoziemscy generałowie prowadzili polskich żołnierzy do zwycięstwa, a cudzoziemscy inżynierowie budowali nam koleje, mosty i filtry.
Jestem całym sercem za powrotem do tej dobrej tradycji. Angażować dobrych, nie patrząc na paszporty. Często to także gwarancja lojalności i uczciwości, zważywszy, że z naszymi rodakami pod tym względem mamy sporo kłopotów, wystarczy popatrzeć na pierwsze strony gazet.
Na początek moglibyśmy się rozejrzeć za nowym premierem; ten, zdaje się, stracił energię i zdolność wyznaczania i realizacji celów. Na rynku jest paru świetnych, którzy się sprawdzili. Co Państwo na to, by zaangażować Billa Clintona? Z damami o nazwisku kończącym się na „ski” ma już doświadczenie, a prezydentem był świetnym (mówcą wręcz genialnym). Nie? To Toni Blair: fantastyczny polityk, wizjoner, rzutki i ambitny realizator z wielką charyzmą… A może Jose Maria Aznar? Poprowadził Hiszpanię ku niesamowitym sukcesom, bez fanfaronady, a za to z podziwu godną powagą i konsekwencją. Wszyscy trzej są w kwiecie wieku, w pełni zdolności… Wykorzystajmy je dla dobra Polski. Sprowadźmy sołtysów z Niemiec, to już się w przeszłości zdarzało i zawsze kończyło się spektakularnym postępem. Proszę zobaczyć, jakich administratorów mają w Holandii, w Austrii, w Alzacji. Proszę zobaczyć różnicę między niemieckojęzycznym Południowym Tyrolem, anektowanym w 1918 r. przez Włochy a resztą Italii: może by zaimportować grupę burgemeistrów, żeby zrobili porządek z opuszczonymi przez Boga i ludzi naszymi Ziemiami Zachodnimi?
BLOGGER ODMAWIA WSPÓŁPRACY
Żona stara mi się właśnie wytłumaczyć, że kilkusetkilometrowa jazda, intensywne zwiedzanie jakiegoś miejsca, krótki sen w hotelu i następnego dnia znów kilkusetkilometrowa jazda do innego miejsca do żaden relaks. „Nie mieści się w kanonach odpoczynku”. Jej zdaniem usiąść w jednym miejscu i się nudzić – to dopiero odpoczynek, to prawdziwe zbieranie sił przed czekającym nas powrotem do pracy. Książka, spacer. Krzyżówka. Ja całe życie namiętnie jeździłem z miejsca w miejsce. Od czterech lat osiadłem w Warszawie, gdzie moi szefowie uznali, że będę najbardziej pożyteczny, kiedy przykują mnie do biurka. Od tego są szefami, żeby lepiej wiedzieli. Już Konfucjusz mawiał, że cesarz ma zawsze rację, nawet, kiedy nie ma racji i dopiero podporządkowując się ślepo jego woli można osiągnąć stan niebiańskiego pokoju wewnętrznego…
Mnie jednak ciągnie. Mnie jednak piórko swędzi. Chciałbym pożreć oczami cały ten piękny świat, zanim zniknie. Czy świat, czy ja, na jedno wychodzi.
Siedzenie w jednym miejscu, choćby pięknym, wytwarza we mnie poczucie winy, że jeszcze tyle miejsc nie obejrzanych, tyle, mimo obietnic, nie odwiedzonych ponownie…
czwartek, 6 sierpnia 2009
NA GŁODZIE
Jaki kryzys?Miliony ludzi na drogach i autostradach Europy. Centra handlowe pełne. W hotelach nie ma wolnych miejsc. Restauracje aż kipią od gości. Właściciele albo uczestniczą w konkursie na najbardziej bezczelny cennik, albo zapomnieli ile zarabia przeciętny Europejczyk.
Czego szukamy na wakacjach? No, czego? Odpoczynku?
A co to znaczy?
Jeśli oderwanie się od rytmu życia, jaki praktykujemy przez resztę roku, no to odpoczywamy. Zamknięci w metalowych puszkach, poruszających się za horrendalne pieniądze; pułapki na kółkach, które zawsze reklamują na pustych szosach, a które nigdy podobnej wolności nie zaznają, nie w Europie… Rozgrzani do czerwoności stoimy w megakorkach na autostradach lub u wjazdów do miast. Jeśli nas wcześniej szlag nie trafi, dobijemy do jakiejś wody, rozłożymy się wśród miliona innych nieszczęśników i pozwolimy się obdzierać ze skóry przez hotelarzy, restauratorów i dostarczycieli usług wszelkich, bez których szykowne wakacje byłyby blade.
To ma być odpoczynek?
No nie.
Bo chyba i podczas wakacji, jeszcze bardziej niż przez resztę roku, jesteśmy gotowi na największe poświęcenia w [poszukiwaniu piękna.
U bram jakich miast się tłoczymy? W Bełchatowie i Bogatyni? Nie: tam, gdzie pięknie.
Poszukujemy zapierających dech w piersiach widoków na góry lub z gór na doliny. Nad morzem to samograj, bo wszędzie pięknie, a najpiękniej tam, gdzie góry łączą się od razu z morzem. Lasy, pola, świeżutko po żniwach, dopiero co zabronowane, tworzą paletę, którą chcemy zachować pod powiekami na resztę niezbyt estetycznego roku.
Dla estetyki gotowi jesteśmy na niebywały wysiłek, na poświęcenia.
Odpoczynek? Jaki odpoczynek, jedziemy na głodzie. Głodzie piękna. Dajcie nam więcej piękna na co dzień, a zrezygnujemy z wakacji…



















